Ogłoszenie >> poniedziałek, 23 marca 2009 14:18:13
Moi drodzy!
Nie wiem, czy wróciłam i co będzie się działo akurat na tym blogu. W trakcie przymusowej przerwy, czy innymi słowy niespodzianki, jaką sprawił nam radośnie serwis, założyłam inny blog, na który serdecznie zapraszam.
www.opowiadania-parasolki.blog.pl
Będę was informować na bieżąco o kolejnych moich decyzjach.
Pozdrawiam
Mała Ygrek
komentarze [0]:F >> wtorek, 2 grudnia 2008 12:46:51
Pfff.
komentarze [0]Ogłoszenie zapewne niepierwsze >> czwartek, 11 września 2008 15:09:07
Z żalem zawiadamiamy, że dnia pierwszego września bieżącego roku zmarł tragicznie wolny czas Panny Y. Znając życie, kiedyś raczy powrócić, ale nie w obecnej chwili. Zainteresowanych jedynym, obecnie funkcjonującym opowiadaniem Panny Y proszeni są o skierowanie się
tu.
Pozdrawiam i zapowiadam powrót
Panna Ykomentarze [0]4. Tragiczne Halloween >> piątek, 27 czerwca 2008 22:43:59
31 października 1976 r.
niedziela
Halloween
Wrzesień minął nadspodziewanie szybko, zabierając ze sobą ciepłą pogodę i zieleń roślinności. Październik powitał ich pogodą, pasującą do nastrojów w zamku – ponurych i bezbarwnych. Jednak ten dzień różnił się od pozostałych. Natrętny promyk bladego słońca obudził Cassie o tak nieludzkiej porze, jaką była dziewiąta niedzielnego poranka. Cassidy ledwie otworzyła oczy, spojrzała z nadzieją na dwa łóżka, stojące naprzeciwko, ale te były smutnie puste. To już prawie miesiąc od zaginięcia Connie i Elizabeth. Dalej wierzyła, że pewnego dnia się odnajdą. Pierwszego października po prostu zniknęły. Wyszły rano z dormitorium i nie dotarły na śniadanie. Słuch o nich zaginął. Cas brakowało tych dwóch, roześmianych Gryfonek. Nie przyjaźniły się, ale zawsze były bardzo dobrymi koleżankami. Przeszukano szkołę, tereny przylegające do niej i Hogsmade, lecz nic nie znaleziono. Wszyscy obawiali się najgorszego. Cassie potrząsnęła głową, chcąc odpędzić nieprzyjemne myśli. Szybko wstała i szczękając zębami dobiegła do łazienki. Tam wymoczyła się w ciepłej kąpieli. Gdy opuściła wannę, ze zdumieniem dostrzegła brak ubrania na zmianę. Przeklinając swą sklerozę, owinęła się bordowym ręcznikiem i wyszła. Dopiero wtedy, kiedy znalazła się na środku pokoju, odkryła, że nie jest sama. Na łóżku Kitty siedział Syriusz, obserwując ją lekko zdumionym wzrokiem. Ostatnio prawie w ogóle nie rozmawiali, więc jego obecność była niemiłym zaskoczeniem. Mimo to szła dalej. Dotarła do szafy, wyciągnęła z niej bieliznę, skarpetki, dżinsy i sweter, po czym spokojnie wróciła do łazienki, gdzie ubrała się. W końcu wyszła.
- O co chodzi? – zapytała, składając pidżamę. Ułożyła ją pod poduszką, pościeliła łóżko, a Syriusz dalej milczał. W końcu obróciła się w jego stronę, nie wytrzymując tej wymownej ciszy. Black obserwował ją z tym charakterystycznym błyskiem w oku. Widział, że denerwowała się jego obecnością i sprawiało mu to dziwną satysfakcję.
- Dziewczyny prosiły, żeby ci to przekazać. Są w Hogsmade – wyjaśnił w końcu. Powoli wstał i podszedł do niej, jakby z rozmysłem opóźniał chwilę, kiedy stąd wyjdzie. Gdy podawał jej małą paczuszkę, ich palce zetknęły się. Oboje przeszedł dreszcz, ale nie okazali tego w żaden sposób.
- Dzięki. Idź już – stwierdziła cicho, odwracając się do niego plecami. Gdy siadała na parapecie, usłyszała trzask zamykanych drzwi. Oparła policzek o zimną szybę i odpakowała zawiniątko. W serwetce leżały trzy kanapki. Na ich widok odczuła silny głód, a żołądek skurczył się boleśnie. Zdumiona spojrzała na zegarek. Wpół do dwunastej. Miała jeszcze dużo czasu.
***
Ciemnowłosa, blada kobieta chodziła zniecierpliwiona po polnej drodze, będącej przedłużeniem głównej drogi Hogsmade. W oddali majaczyło parę domków, ale ona wolała towarzystwo pobliskiego cmentarza. Spojrzała w jego stronę i prychnęła zniesmaczona. Nawet on wyglądał okropnie w jasnym świetle dnia. Jakoś tak absurdalnie wesoło. Ogólnie denerwowała ją ta ciepła, słoneczna pogoda. Osobiście wolała te mroczniejsze dni, które bardziej pasowały do jej usposobienia i ulubionego zajęcia, jakim było torturowanie mugoli. Uśmiech wpełzł na jej usta, gdy przypomniała sobie ich krzyki, wyrazy twarzy. Dostała kilku od męża w ramach prezentu ślubnego. Rozmyślania przerwało jej przybycie wysokiego, dobrze zbudowanego bruneta.
- Przepraszam za spóźnienie, ale nie mogłem wcześniej – wyjaśnił, poluzowując zielono-srebrny szalik. Dała mu chwilę na złapanie oddechu i wytłumaczyła, jaką rolę ma odegrać. Nie wtajemniczała go w inne części planu. Nie było takiej potrzeby. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, sam obejrzy tryumf Czarnego Pana.
***
Cassie z trudem powstrzymywała śmiech, gdy mały pędzelek zaczął łaskotać ją po nosie. Siedziała na krześle przed lustrem, czekając aż Lily skończy. W końcu usłyszała charakterystyczny stukot odkładanego narzędzia tortur. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Całą twarz miała idealnie białą, a długie, obecnie potargane, czarne włosy opadały jej na plecy. Poprawiła ciemną, fantazyjnie postrzępioną szatę i wstała. Wyglądała całkiem nieźle, wziąwszy pod uwagę to, że ten strój wymyśliła zaledwie dziesięć minut temu. Odwróciła się w stronę panny Evans i jej uśmiech stał się jeszcze bardziej promienny. Ruda wyglądała wyjątkowo ładnie w stroju wiedźmy. Umacniającej się więzi, która nawiązała się między nimi we wrześniu, nie można było jeszcze nazwać przyjaźnią, ale niewiele brakowało.
- James będzie zachwycony – stwierdziła Cassie, szczerząc zęby. Lily najpierw prychnęła lekceważąco, a chwilę później wybuchnęła radosnym śmiechem, którego ściany tego pokoju dawno nie słyszały.
- Akurat nie o taki efekt mi chodziło, ale ujdzie – stwierdziła w końcu Evans, zakładając buty. Razem zeszły po schodach do Pokoju Wspólnego, gdzie kręcił się tłum różnych postaci. Cas prawie spadła z ostatnich stopni, gdy ujrzała pierwszorocznych, przebranych za poszczególne części ciała, rozmaicie upstrzone krwią i siniakami. Chwilę później podszedł do nich Dumbledor w przezroczystym, różowym peniuarze obszytym futerkiem i na szczęście w nieprzezroczystych bokserkach tego samego koloru. Za nim podążał ponad dwumetrowy profesor Flitwick w przykrótkich, dżinsowych ogrodniczkach i długich kaloszach-gumiakach.
- Lily ślicznie wyglądasz – stwierdził z uwielbieniem Dumbledor, jamesowym głosem. Evans tylko spojrzała wymownie w sufit, po czym wyminęła go. Powolnym krokiem zeszły z Cassie do Wielkiej Sali. Smukłe, długie, czarne świece płynęły w zamglonym powietrzu, a ich płomyki odbijały się w złotej zastawie. W rozmaitych punktach jadalni szczerzyły zęby olbrzymie, jadowicie pomarańczowe dynie. Cas usiadła na swoim miejscu, uchylając się przed niewielką chmarą nietoperzy. Kilka minut później głośne chichoty oznajmiły przybycie Huncwotów.
- Cassidy, spójrz na Blacka. McGonagall strasznie się zdenerwuje i szczerze jej się nie dziwię – oznajmiła Lily, patrząc z obawą na nadchodzącą grupkę trzech postaci. Remus jeszcze nie wrócił z wizyty u chorej matki, której stan podobno był bardzo ciężki. Brunetka tylko wzruszyła ramionami lekceważąco, ale w końcu ciekawość zwyciężyła. Odwróciła się, by ujrzeć wicedyrektorkę w obcisłej miniówce i króciuteńkiej, wydekoltowanej bluzeczce z czarnej skóry.
- Tym razem przesadził. To nawet nie jest śmieszne, tylko wręcz obraźliwe. Chociaż można jej pozazdrościć takiej figury – stwierdziła Cassie, przekręcając zabawnie głowę. Błysk satysfakcji zamigotał w jej oczach, gdy ujrzała sorkę, zmierzającą w stronę swojej odpowiedniczki. Uśmiech spełzł jej z twarzy, gdy usłyszała, kiedy Syriusz miał się zgłosić do Filcha. Kolidowało to z jej szlabanem u woźnego za przypadkowe wysadzenie w powietrze pustej sali od wróżbiarstwa, co oznaczało, że najprawdopodobniej będą go odbywali razem. Poczuła, że ktoś zajmuje miejsce po jej prawej stronie, więc odwróciła głowę w tamtą stronę, by powiedzieć, gdzie ta osoba może sobie pójść. Jej usta ułożyły się w małe, zaskoczone „o”, gdy ujrzała Patrice w stroju różowego, puchatego króliczka.
- Co ty tutaj robisz? – warknęła w stronę długiego ucha, które usiłowało wybić jej oko. Najwyraźniej panna Brown miała problemy z siadaniem w tym dziwacznym kostiumie. Cas grzecznie złapała ją za ramiona i pchnęła na ławkę, pomagając jeszcze zachować równowagę.
- Dzięki – mruknęła blondynka, po czym najwyraźniej przypomniała sobie z kim rozmawia, bo na jej twarzy pojawił się tradycyjny grymas niezadowolenia i wyższości. – Gdzie jest Syriuszek?
- Syriuszek już idzie – odpowiedział James – Dumbledor, unosząc brwi na widok koloru stroju Patrice. Natychmiast wyjął różdżkę i zmienił barwę swojego kostiumu na turkusową. Zadowolony z siebie usiadł obok zwiększonej wersji Flitwicka.
***
Przemówienie dyrektora zostało gwałtownie przerwane przez skrzypienie olbrzymich drzwi i piski różowego królika. Syriusz wszedł do Wielkiej Sali pewnym krokiem, rozglądając się uważnie. Jego miejsce było zajęte przez jakieś puchate coś, w czym z trudem rozpoznał swoją dziewczynę. Cassie siedziała obok, wpatrując się w dal rozmarzonym wzrokiem. Wiele by dał za wiadomość o czym lub o kim tak myślała. Podszedł do stołu Gryfonów i umieścił swój zgrabny tyłeczek na ławce między Jamesem, którego włosy powoli stawały się coraz krótsze i Patrice, szczebioczącą wesoło bez względu na to, czy ktoś jej słuchał, czy też nie. Tysiąckrotnie wolałby widzieć kogoś innego na miejscu blondynki. W końcu usłyszeli symboliczne „Smacznego” i po pokazie duchów rozpoczęła się uczta. Patrice z żalem wróciła do swego stołu, gdzie zaczęła zanudzać zirytowaną już Tracy zaletami boooskiego Syriuszka. Tymczasem ów cud natury przesunął się bliżej swego codziennego miejsca w celu nawiązania interesującej, w jego mniemaniu, konwersacji. Niestety nie wziął pod uwagę apetytu swojej sąsiadki, która przez cały dzień zdołała zjeść tylko trzy małe kanapeczki i tuzin ciasteczek z czekoladą.
- Przygotowałaś na dzisiejszy wieczór jakiś numer? – zapytał, zastanawiając się, jak taka mała osóbka mogła tyle jeść. Cassie tylko pokręciła przecząco głową. Czasami wymyślała coś utrudniającego życie uczniom i nauczycielom, ale ten tydzień miała już zapełniony szlabanami, więc chwilowo wolała się w nic nie pakować. – Nie? Szkoda, ostatnio chyba miałaś napływ weny. Uważaj za jakieś pół godziny się zacznie.
Cassidy nie dopytywała się o co chodzi, ale na wszelki wypadek jadła tylko to, co nakładał sobie Syriusz. Ta ostrożność jednak okazała się niepotrzebna, gdyż ów żart miał zaszkodzić jedynie Ślizgonom. Zgodnie ze słowami Łapy przedstawienie rozpoczęło się o czasie. Pierwszą ofiarą była Alecto Carrow, która stanęła nagle na ławie, by po chwili przemieścić się miedzy półmisek z pieczonymi udkami kurcząt, a misę z gotowaną marchewką i groszkiem. Na oczach zdumionej szkoły owa niewiasta poczęła dziwnie wić się w tańcu, do którego przygrywał jej na dudach brat – Amycus. Instrument został wyczarowany chwilę temu przez Severusa Snape’a, obecnie robiącego trzecie okrążenie dookoła stołu Ślizgonów, naśladując leśnego zająca. Inni uczniowie wykonywali równie bzdurne rzeczy. Wszystko to uwieczniał za pomocą aparatu fotograficznego Peter Pettigrew. Cas patrzyła zafascynowana na Regulusa Blacka, który na wieży z krzeseł śpiewał w kierunku jakiejś Ślizgonki „ You’re the one, I’ve been waiting for”. Jej uwadze nie umknęła jednak ucieczka z sali pewnej Puchonki. Za nią pobiegła znana Cassie postać jej siostry ciotecznej – Christine Zollen. Nie namyślając się długo brunetka ruszyła za nimi, opuszczając miejsce wszechobecnego chaosu, który usiłowali opanować nauczyciele. Szybko dogoniła młodszą od siebie o rok Chris.
- Co się stało? – zapytała, patrząc na zmartwioną brunetkę, tak podobną do niej, która po przekroczeniu progu drzwi wejściowych zatrzymała się raptownie. W jej zielonych oczach, wpatrzonych w niknącą w mroku postać pod parasolką, czaiła się troska i złość jednocześnie.
- Nie wiem. Amy po prostu nagle wybiegła z sali – wyjaśniła Christine, zagryzając dolną wargę w charakterystyczny dla Zollenów sposób. Cassie nieświadomie powtórzyła gest, zastanawiając się kim jest owa Amanda. Nagle przebłysk pamięci przywołał lekko zamgloną postać chudej, niskiej blondyneczki, która spędzała część wakacji o Chris. Powiało mocniej i ciemna parasolka, którą trzymała Mandy, wyrwała się na wolność, szybując w stronę Zakazanego Lasu.
- Wracajmy lepiej, dajmy jej trochę czasu – stwierdziła Cassie, ciągnąc siostrę cioteczną za rękaw. Razem weszły do jasno oświetlonej Sali Wejściowej, gdzie czekał na nie Syriusz. Chris bez słowa przyspieszyła, zostawiając Cas sam na sam z Blackiem.
- Stało się coś? – zapytała dziewczyna, przerywając niezręczną ciszę. Łapa powoli pokręcił przecząco głową. Stali w milczeniu, przyglądając się sobie uważnie niczym kowboje na dzikim zachodzie tuż przed pojedynkiem w samo południe. Cassie czuła się co najmniej dziwnie pod wpływem przenikliwego wzroku chłopaka. W końcu stwierdziła, że w tej sytuacji może równie dobrze siedzieć, co stać, więc zajęła pobliską ławkę. Syriusz usiadł koło niej, bawiąc się suwakiem swojej bluzy.
- Czego użyliście dla takiego efektu? – zapytała w końcu Cassidy, wskazując kciukiem zamknięte drzwi Wielkiej Sali. Black był tak zamyślony, że w pierwszej chwili nie usłyszał jej pytania. Musiała je powtórzyć, by wreszcie do niego dotarło.
- Eliksir chwilowego szaleństwa. Co najciekawsze, całkowicie legalny – odparł, wzruszając lekceważąco ramionami. Cas już zaczęła rozważać możliwość powrotu do przerwanego posiłku, gdy nagle zwrócił twarz w jej kierunku. Wiedziała, że chce poruszyć temat, dla którego już blisko kwadrans siedzieli na zimnej ławce, wpatrując się w przeciwległą ścianę. Otwierał usta, gdy z Wielkiej Sali wyszła Patrice, najwyraźniej szukająca swojego chłopaka. Dostrzegła ich, a jej oczy zmrużyły się podejrzliwie. Najwyraźniej jednak nie znalazła w nich żadnej winy, bo uśmiechnęła się promiennie.
- Syriuszku, kochanie, nie mogłam cię znaleźć – zaszczebiotała, łapiąc chłopaka za ramię i ciągnąc w kierunku, z którego przyszła. Wystarczyła chwila, by Cassidy została sama na korytarzu. Westchnęła, po czym ruszyła spowrotem do swojego stołu, zamykając dokładnie drzwi, prowadzące do Sali Wejściowej. Mimo że nauczyciele opanowali już sytuację, jej wejście nie zostało zauważone. Siadając na miejscu, spojrzała w niebo. Jasne gwiazdy zniknęły, a na ich miejscu gromadziły się ciemne, deszczowe chmury.
- Nie było cię pół godziny. Nie obejrzałaś ataku furii w wykonaniu McGodzilli, gdy jakaś Ślizgonka spadła z tej wieży krzeseł – poinformowała ją Kitty, obgryzając zimne już udko kurczaka. Odłożyła je na chwilę na talerz, gdzie zdematerializowało się, a na stole pojawiły się desery. Jej oburzony okrzyk zbiegł się w czasie z rozpoczęciem ulewy, która waliła kroplami deszczu w szyby z taką siłą, że zdawać by się mogło, że zaraz rozprysną się w pył, a woda dostanie się do środka. Lily zjadła tylko jedną porcję lodów malinowych, po czym stwierdziła u siebie symptomy zbliżającego się bólu migrenowego. Wstała i grzecznie poinformowała resztę towarzystwa, że wybiera się do dormitorium. Wyszła, udając, że nie słyszy propozycji Jamesa, co do odprowadzenia jej. Jeszcze w Sali Wejściowej przypomniała sobie o braku eliksiru przeciwbólowego, który skończył się jej jakiś czas temu. Zamiast w lewo skręciła w praw, kierując się do Skrzydła Szpitalnego.
***
Jasna błyskawica rozbłysła na niebie, dodając uroku tajemniczości nocy. Cassie właśnie wbiła łyżeczkę w trzecią porcję lodów czekoladowych, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły. Brunetka odwróciła się, by ujrzeć jakąś drobną postać, wpadającą z impetem do Wielkiej Sali. Z trudem rozpoznała w niej Amandę, która uwalana była błotem i krwią, a jedna z jej rąk sterczała pod dziwnym kątem. Leżała na podłodze, nie poruszając się. Pierwszy zerwał się Dumbledor, podbiegł do dziewczyny i pochylił się nad nią. Za nim ruszyła reszta nauczycieli i uczniowie. Powstał olbrzymi hałas, gdyż każdy zastanawiał się, co mogło przytrafić się blondynce. Dyrektor uciszył wszystkich jednym zaklęciem. W tej ciszy dał się słyszeć ochrypły szept.
- Irytek. On wie. – Po tym krótkim oświadczeniu Amy zemdlała. Flitwick i Sprout przetransportowali nieprzytomną do Skrzydła Szpitalnego, a Dumbledor poszedł przesłuchać ducha. Po chwili wrócił, wyszeptał coś w stronę McGonagall i pospiesznie wyszedł.
- Wszyscy uczniowie mają pozostać na swoich miejscach. Spędzicie tu noc – oświadczyła nauczycielka od transmutacji, co nie obyło się bez protestów i komentarzy uczniów. Cassie wykorzystała ten moment nieuwagi i wymknęła się do Sali Wejściowej. Szybko przemierzała korytarze szkoły, kierując się do wieży Gryffindoru. Trzeba było zawiadomić Lily o zaistniałej sytuacji. Musiała dwukrotnie powiedzieć hasło, by zbudzić Grubą Damę. Wbiegła do dormitorium, po czym przystanęła na środku pokoju, marszcząc brwi w bezbrzeżnym zdumieniu. Lily nie było. Usłyszała skrzypnięcie obrazu, stłumione kroki, po czym ktoś coś powiedział. Wydawało się jej, że to zaklęcie. Najwyraźniej się nie udało, bo głos powtórzył je trzykrotnie z coraz większym zirytowaniem. Cassie jakby obudziła się, gdy na schodach rozległ się tupot pary nóg. W ciągu ułamka sekundy doszła do wniosku, że nikt nie powinien jej tu znaleźć, bo aktualnie miała być gdzie indziej. Pokrzepiona myślą, że jej mózg nadal analizuje sytuacje dość sprawnie, rozejrzała się po pokoju. Z braku lepszej kryjówki kucnęła za swoją szafką nocną. Wstrzymała powietrze, gdy w drzwiach pojawiła się dobrze zbudowana osoba, której nie rozpoznawała w ciemnościach pokoju. Chłopak, gdyż płeć owego człowieka była wyraźnie męska, mruknął ciche „Lumos”, po czym powlókł się do jedynych posłanych łóżek w pokoju, czyli tych należących do Elizabeth i Connie. Przeczytał nazwiska wyryte na wiekach kurów, po czym kucnął przy skrzyni Lizzy.
- Bordowy zeszyt, bordowy zeszyt – powtarzał bez przerwy, wyrzucając poszczególne rzeczy w głąb pokoju. Usta Cas ułożyły się w bezgłośne „Ups”. Pamiętnik Wylder, bo jego najwyraźniej szukał osobnik, leżał dokładnie nad jej głową na szafce nocnej. Wyciągnęła rękę i wymacała brulion, którego lekturą zajmowała się przez ostatni tydzień, szukając jakichkolwiek wskazówek, co do miejsca pobytu koleżanek. Zaczęła powoli przesuwać go ku krawędzi. W końcu przechyliła go i ujrzała wszystkie gwiazdy, mimo że na dworze nadal panoszyła się burza. Jakaś ciecz spłynęła jej po twarzy i włosach. Gdy chłopak skierował na nią strumień światła, zobaczyła mnóstwo atramentu. Najwyraźniej kałamarz spadł jej na głowę. Wstała szybko, ścierając płyn z twarzy.
- Avada Kedavra – stwierdził przyjaznym tonem, jakby rozmawiał z kimś o słonecznym, przyjemnym dniu. W ostatniej chwili odskoczyła w bok, zdumiona jego beztroską chęcią zabijania. Zrobiła unik przed kolejnym śmiertelnym zaklęciem, potykając się o coś. Upadła, uderzając obolałą głową o jeden ze słupków przy łóżku. Przez chwilę widziała podwójnie, ale udało jej się wymacać długi kij, przez który znalazła się na podłodze. Miotła! Ostatnio Lily robiła kilka kółek dookoła boiska dla oswojenia lęku wysokości i musiała ją tu zostawić, bo spieszyły się na obiad. Chłopak zaczął się zbliżać, a światło różdżki wydobyło z mroku jego ironiczny uśmiech. Wstała i kącikiem oka spojrzała na pokój. Gdy podnosił rękę by ją zabić, wystartowała. Zamknęła oczy, wlatując w szybę, ale poczuła, jak potłuczone szkło przecina skórę jej twarzy w wielu miejscach. Słyszała za sobą zaklęcia, a później przekleństwa chłopaka. Przytuliła do siebie zeszyt, chroniąc go przed zamoczeniem. Lecąc krzywo dotarła na szczyt Wieży Astronomicznej, gdzie rzuciła miotłę i podbiegła do drzwi. Były zamknięte. Ukryła pamiętnik pod deskami dachu, a sama skuliła się pod murem. Trzęsła się ze strachu i zimna, świadoma tego, że świt jest bardzo daleko. Deszcz padał równomiernie, czasem wspomagany przez błyskawice i porywisty wiatr, który szarpał szatą Cassie.
komentarze [4]Ogłoszenie >> wtorek, 29 kwietnia 2008 18:26:11
Porzucony? Ha! Chcieliby, ale ze mną nie ma tak łatwo! Oczywiście, że myślę o swoim opowiadaniu, ale chwiliowo mam napływ weny gdzie indziej. Tym, którym mnie brak, proponuję www.connie-rohan.mylog.pl moją inną historię.
Pozdrawiam
Panna Y
komentarze [4]3. Złe sny i jeszcze gorsze sytuacje, czyli jak polują samce. >> środa, 13 lutego 2008 14:51:39
Z okazji Walentynek, których z całego serca nienawidzę, gdyż kojarzą mi się z zawiedzionymi nadziejami, dodaję nową notatkę. Niech ten dzień, mimo wszystko będzie udany dla każdego.
Pozdrawiam
Panna Y
2 września 1976 r.
czwartek
Cassie usiadła gwałtownie na łóżku. Drżała na całym ciele, mimo iż nie było zimno. Za oknem szare, deszczowe chmury sunęły leniwie po ołowianym niebie. Ten widok odrobinę uspokoił dziewczynę. Był dowodem, że nadal jest w Hogwarcie, a nie tam. Hrabia wskoczył na łóżko swojej właścicielki, czując promieniujący od niej strach. Głaszcząc miękkie futerko Cassidy stopniowo odzyskiwała wewnętrzną równowagę. Po raz kolejny śnił jej się ten mały, ciemny pokój i mężczyzna. Nie widziała jego twarzy, ale wiedziała, że jest podniecony. Ze strachu nie mogła się ruszyć, krzyknąć, nic. W końcu jego ręce zaczęły błądzić po jej ciele. Zazwyczaj budziła się, gdy tylko czuła jego dotyk. Nie wiedziała skąd biorą się te mary. Były takie prawdziwe, realne. To wszystko kołatało się w głowie dziewczyny, gdy nagle zasłony zostały gwałtownie odsunięte i w powstałej szparze pojawiała się blada, piegowata twarz Lily Evans. Jasnozielone oczy w kształcie migdałów patrzyły z troską na koleżankę.
-Co się stało? Strasznie krzyczałaś- powiedziała spoglądając w oczy Cas, które były tak ciemne, że prawie czarne. Lily nie spała już od godziny, więc słyszała, jak Cassidy szamotała się. Próbowała ją obudzić, lecz nie mogła. Rudowłosa zawsze pomagała wyrwać się z krainy snu koleżankom, ponieważ jako jedyna reagowała na denerwujący dźwięk budzika.
-Nic. Miałam zły sen- stwierdziła Cassie, po czym wstała, zgarnęła swoje ubrania i poszła do łazienki. Tam wzięła krótki, orzeźwiający prysznic, uczesała się i umyła, starając nie myśleć o zawiłościach swej psychiki, która stworzyła taką marę. W końcu wyszła i ze zdumieniem odkryła, że żadna z jej współlokatorek nie śpi. Spojrzała na zegarek- siódma. Śniadanie było o ósmej, więc zazwyczaj dziewczęta wstawały za pięć, dziesięć.
-Stało się coś?- zapytała, obserwując uważnie twarze koleżanek. Pokręciły przecząco głowami. Cassie wzruszyła ramionami i poszła odłożyć pidżamę. Gdy chowała koszulę nocną, dostrzegła katem oka jakiś ruch. W ostatniej chwili uchyliła się przed obiektem latającym ochrzczonym nazwą poduszka. Odwróciła się i ujrzała Connie z tym znaczącym błyskiem w oku. Skoro miały tyle wolnego czasu, to nie należało go zmarnować.
***
-Au! Remus, trochę delikatniej!- narzekała Cassidy. Lupin wyciągał jej pióra z włosów, ale nie bardzo mu to szło. Siedzieli właśnie w Wielkiej Sali i potencjalnie konsumowali śniadanie. Potencjalnie, bo dziewczyna zjawiła się z takim pióropuszem na głowie, że Lunatyk nie miał czasu na jedzenie. Skończyło się tym, że po kilku minutach był u kresu wytrzymałości. Białe kłaczki stawiały opór i nie chciały dobrowolnie opuścić włosów dziewczyny, która promocyjnie strasznie marudziła. W końcu Syriusz postanowił ulitować się nad przyjacielem. Na migi pokazał mu, co ma zrobić i zamienił się z nim miejscami tak, że Cassie nic nie zauważyła. Bardzo delikatnie zaczął rozplątywać cały ten bałagan. Po pięciu minutach zrobił to, co Remus usiłował przez ostatnich piętnaście.
-Dzięki- mruknęła i odwróciła się do swego wybawcy. Syriusz miał w oczach ten błysk, który nigdy nie zwiastował niczego dobrego. Cas postanowiła się ewakuować tak na wszelki wypadek. Chwyciła trzy tosty i wstała. Chłopak spodziewał się tego, więc zdążył złapać ja w pasie i usadzić spowrotem na ławce.
-Nie chcesz poczekać na swój plan lekcji?- zapytał niewinnie. Cassidy uśmiechnęła się, jak mysz na widok głodnego kota. Syriusz pochylił się nad nią i szepnął jej do ucha- Tylko zwykłe dzięki? A ja się tu tak męczyłem.
-Syriuszku, słonko, nie przywitasz się ze mną?- Zanim Cassie zdążyła cokolwiek powiedzieć, Patrice usiadła chłopakowi na kolanach, przerywając ich kontakt wzrokowy. Panna Brown poczuła się zagrożona, gdy jej przyjaciółka Tracy, podzieliła się uwagą, że z tego co widzi, Black dość intensywnie zajmuje się inną dziewczyną. Gdy blondynka zbadała zaistniałą sytuację, postanowiła interweniować.
-Pat, nie wiem, czy zauważyłaś, ale rozmawiam- odparł spokojnie brunet, wzrokiem próbując odnaleźć Cassie, która raźnym krokiem zmierzała w stronę McGonagall. W końcu ją namierzył.
-Sugerujesz, że ona jest ważniejsza ode mnie?- zapytała dziewczyna, głosem wyższym o całą oktawę. Syriusz westchnął. Nienawidził zrywać, gdyż zazwyczaj kończyło się to łzami, histerią, krzykami, wyrzutami, obietnicami i inne*.
-Ja tego nie sugeruję, ja to mówię otwarcie- stwierdził, oczekując fali, która zaraz go zaleje. James, który przyglądał się przyjacielowi, od kiedy w drzwiach Wielkiej Sali pojawiła się Cas, parsknął śmiechem w swoją owsiankę. Nie lubił Brown z wielu powodów.- To koniec Patrice.
-Słucham? To nie ty o tym decydujesz- wysyczała zjadliwie. Syriusz uśmiechnął się ironicznie, po czym zsunął dziewczynę ze swoich kolan i ruszył w stronę opiekunki Lwów. Cassidy dalej przy niej stała i o czymś żywo dyskutowały. Transmutacja była jednym z ulubionych przedmiotów brunetki.
-Dzień dobry, pani profesor- przywitał się, obejmując Cassie w talii. Wczoraj długo rozmawiał z przyjaciółmi i uznał, że czas w końcu pokazać czarnowłosej, jak bardzo mu się podoba.
-Dzień dobry, panie Black. Cieszę się, że wreszcie zainteresował się pan kimś, kogo zainteresowania nie ograniczają się do malowania paznokci i uganiania się za samcami- oznajmiła nauczycielka, chichocząc pod nosem. Wywołało to u obojga sporych rozmiarów szok. Z ciepłym uśmiechem rozdała im plany lekcji i nucąc coś pod nosem, odeszła.
-Matko, podmienili nam McGonagall- szepnęła Cas, wyplątując się z ramion chłopaka. Odwróciła się do niego, a widząc jego niepewne spojrzenie, domyśliła się wszystkiego.- Co wy jej zrobiliście? I dlaczego beze mnie?
-Eliksir rozluźniający. Uznaliśmy, a Kitty przyznała nam rację, że powinnaś odpoczywać- odparł Syriusz, spoglądając na Cassie z przepraszającym uśmiechem. Nigdy nie mogła się długo gniewać, gdy patrzył na nią takim wzrokiem.- A Kit musiała o tym wiedzieć, ponieważ eliksir i pomysł są jej autorstwa.
-Tylko nie Kit- zastrzegła Potter, zjawiając się nagle koło nich. Niedaleko Indra za pomocą łokcia usiłowała połamać żebra Danielowi, który próbował ją łaskotać. Była to jedna z tych rzeczy, których panny Gard nienawidzą najbardziej.- Mam dla was dwie wiadomości. Pierwsza od Lily: Cas, zwiewaj! O, już jej nie ma! Ale ta dziewczyna ma kondycję! Druga od Jamesa: Łapa, a podziękowanie?! Nie dogonisz jej!
-Dobra, to o co chodziło?- zapytała Ind, podchodząc do brunetki. Za nią, niczym cień przyszedł Anderson. Oboje wpatrywali się w Kitty z ciekawością.
-Hmmm... Z tego, co zrozumiałam, wynika, że Syriusz zrobił coś dla Cassidy, a teraz oczekuje podziękowania w dość odmiennej formie, niż zwykło się wykonywać. O, Dan, a ty gdzie? Co to jakiś maraton?! O, a my gdzie?
Uczniowie na korytarzach mogli obserwować dość niecodzienny widok. Najpierw, uchwycona w cudnym sprincie, podążała jakaś Gryfonka, znana niektórym jako Cassie Zollen. Za nią, w pewnej odległości od siebie, biegli dwaj panowie, których przedstawiać nie trzeba było. Dalej dwie podopieczne domu Lwa, z których jedna co zakręt lądowała na ścianie. Kitty przestała już liczyć własne siniaki, zastanawiając się ile rogów jeszcze zaliczy w tej morderczej gonitwie. W końcu pierwsza osoba dotarła do obrazu Grubej Damy i zniknęła we wnętrzu dziury. Chwilę później padła na swoje łóżko. Przeleżała tak około piętnastu minut, gdy drzwi otworzyły się i wpadły Kitty oraz Indra. Pierwsza od razu położyła się na dywanie, druga dotarła do łóżka, na którym leżała Cassie.
-Co cię łączy z Danielem?- wydyszała, po czym zapadła się w miękką pościel. Cassidy wstała i podeszła do okna. Wielkie krople gęstego deszczu obijały się o szyby. Świetna pogoda na spacer.
-Nic. Poznaliśmy się na warsztatach muzycznych. Popisywał się przed kumplami, udając, że mu się podobam. Chyba nawet się założyli. Jeżeli tak, to przegrał. U mnie faceci tacy jak on nie mają szans- odparła spokojnie. Indra patrzyła, jak koleżanka pakuje torbę i rozmyślała. Cassie pomachała im wesoło i wyszła.
***
Cassie zostawiła swoją torbę w jednym z ukrytych przejść, które będzie musiała minąć w drodze do klasy transmutacji. Idąc do Sali Wejściowej, zastanawiała się nad tym, co działo się na śniadaniu. Były dwie opcje. Albo Syriusz nagle odkrył, że od zawsze ją kochał i teraz czeka ich romantyczna, usłana kwiatami róż przyszłość, albo był to jednorazowy wygłup. Ze śmiechem odrzuciła pierwszą możliwość. To mało prawdopodobne, by chłopak nagle poczuł do niej cokolwiek więcej. Znała go od pięciu, długich lat i nigdy nie zauważyła, by jakoś szczególnie ją wyróżniał. Nie wliczała w to wczorajszej próby pocałunku, która była chwilą słabości obojga. O niczym nie świadczyła. Cassie pchnęła wielkie, drewniane drzwi i wyszła na zewnątrz. Deszcze był przyjemnie ciepły. Cieszyła się nim aż do granicy Zakazanego Lasu. Rozejrzała się uważnie, by sprawdzić, czy nikt jej nie obserwuje i weszła między drzewa. Było tam cicho, spokojnie. Po kilku minutach dotarła do prawie niewidocznej ścieżki. Ruszyła nią w głąb lasu, aż dotarła do olbrzymiego, rozłożystego dębu. Pierwszy raz ujrzała go, gdy miała jedenaście lat. Trafiła tu przypadkiem. Podeszła do kory i odnalazła serce oraz wyryte w nim inicjały jej rodziców. Wyjęła różdżkę, by odnowić zacierające się litery. Następnie przeszła pod gałęźmi, dochodząc do huśtawki, którą kiedyś zrobiła. Usiadła na drewnianej deseczce i zajęła się pędem, który rozwiewał jej włosy oraz nieprzyzwoicie podwiewał mundurek.
***
-Gdzie ona jest?- gorączkował się Syriusz, wyrzucając wszystko z kufra. Przyjaciele przyglądali mu się z zainteresowaniem, ale żaden nie wstał, by mu pomóc. W końcu Remus zlitował się nad nim.
-W twojej kieszeni- odparł spokojnie, nie odrywając wzroku od „Transmutacji dla zaawansowanych- stopień szósty”. Łapa trzepnął się w czoło, bolejąc nad własna głupotą. Wyjął kawałek papieru i mruknął coś, stukając w niego różdżką. Przeszukiwał mapę cal po calu w poszukiwaniu kropki Cassidy Zollen. Znalazł ją w Zakazanym Lesie. Wstał, chwycił swoją torbę i wybiegł.
-Ech, panowie, chyba nam się Łapa zakochał- podsumował James, po czym przeciągnął się, wyrwał książkę Remusowi i wyjął z kieszeni talię kart. Na partyjkę Eksplodującego Durnia nigdy nie trzeba było ich długo namawiać.
***
Syriusz przyglądał się dziewczynie na huśtawce. Jego wzrok szczególnie przyciągała spódniczka mundurka, która przez pęd co chwilę odsłaniała więcej niż zwykle. Przez głowę chłopaka przebiegały różne, niekoniecznie przyzwoite myśli. W końcu ruszył cztery litery i obszedł dąb, zachodząc dziewczynę od tyłu. Nagle złapał ją w talii, zatrzymując gwałtownie huśtawkę. Przerażona odwróciła się w jego stronę. Twarz jej złagodniała, gdy go poznała.
-Syriuszu, ale...- nie dokończyła, gdyż Black położył jej palec na ustach. Był blisko, zdecydowanie za blisko. Pocałował ją. Najpierw delikatnie, jakby trochę nieśmiało, a potem coraz namiętniej. Nagle Cassie jakby obudziła się z jakiegoś transu. Wymienia czułości z Syriuszem Blackiem, swoim przyjacielem, a jednocześnie największym Casanovą szkoły! O nie, nie ma mowy! Nie będzie kolejną, łatwą panienką, którą zostawi po tygodniu, by w samotności leczyła rany. Nie umieści jej na swojej liście podbojów jednego dnia. Odsunęła się. Chłopak spojrzał na nią z wyrzutem, po czym przybliżył się z zamiarem kontynuowania przerwanej czynności.
-Nie- zaprotestowała stanowczym głosem. Zeskoczyła z huśtawki i ruszyła w stronę szkoły. Chwilę później dogonił ją. Milczeli, idąc przez zielony półmrok Zakazanego Lasu. Tu prawie nie czuło się deszczu, który padał coraz silniej.
-Dlaczego nie chciałaś? Było tak przyjemnie- odezwał się, gdy weszli na błonia. Dziewczyna zarumieniła się na wspomnienie tego, co odczuwała w trakcie pocałunku.
-Cieszę się, że ci się podobało, bo to jednorazowa akcja- odparła, nie patrząc na chłopaka. Wpatrywał się w nią zdumiony. Był pewien, że podoba się Cas, a ona w tak bezpośredni sposób powiedziała mu, co o nim myśli. Jednak nie nazywałby się Syriusz Black, gdyby miał się poddać. Chwilowo wolał skupić się na ubraniu Zollen, które całkiem mokre, przylgnęło jej do ciała.
-Przestań- zażądała dziewczyna. Denerwowała ją ta cała sytuacja. Wolała starego Syriusza, do którego mogła wzdychać nie obawiając się odpowiedzi z jego strony. Ten flirciarz, typowy samiec i złodziej pocałunków był irytujący.
-Nie możesz zabronić mi patrzeć, to byłoby okrucieństwem z twojej strony. Taki widok wymaga uwielbienia- stwierdził z uśmiechem. Przez zaciśnięte zęby wycedziła kilka barwnych epitetów pod jego adresem i przyspieszyła. Z rozmachem otworzyła drzwi zamku i szybko je zamknęła, opierając się o nie. Ktoś próbował je otworzyć, ale nie pozwoliła na to. Kilka cennych chwil świętego spokoju. Wyjęła różdżkę i obłożyła zamek zaklęciem, które miało dać jej trochę czasu. Opuściła Salę Wejściową, kierując się do przejścia. Po drodze osuszyła się, by nie musieć słuchać głupich komentarzy Blacka.
-Zabawne. Wystarczy niecała godzina by ktoś, kogo naprawdę lubiłeś, został obiektem twej gorącej nienawiści- pomyślała, podnosząc torbę. W tej chwili rozległ się dzwonek na przerwę. Cassie dotarła do sali i oparła się plecami o chłodny mur. Za dużo tego wszystkiego, jak na jeden poranek. Chwilę później dotarła do niej Lily.
-Hej, stało się coś?- zapytała przyjaźnie, patrząc na koleżankę z troską. Ruda miała tendencje do opiekowania się wszystkimi, nie licząc Jamesa i Syriusza, którzy zjawili się właśnie w tym momencie. Ten drugi nadal był mokry.
-Przez ciebie się zaziębię- stwierdził z wyrzutem. Cassidy wyjęła różdżkę i machnęła nią. Kilka sekund wystarczyło, by chłopak był suchy.
-Liluś, kochanie, czy naprawdę nie mogłabyś uczynić mi tego zaszczytu i spędzić ze mną kilku godzin w ciągu następnego wyjścia do Hogsmade?- zapytał James wyjątkowo uroczystym tonem. Lily spojrzała na niego, udając, że się zastanawia. Zyskała dzięki temu trochę czasu, który wykorzystała na dokładne przyjrzenie się chłopakowi. W ciągu wakacji zmienił się. Wydoroślał, trochę podrósł. Dotyczyło to strony fizycznej. Jak było z psychiczną, tego jeszcze panna Evans nie wiedziała.
-Jamesie Potterze, gdyby nie owe „Liluś, kochanie” poprzedzające twą ofertę, mogłabym ją rozważyć- odparła w tym samym tonie. Chłopak już otwierał usta, by jej odpowiedzieć, gdy na horyzoncie pojawiła się wicedyrektorka. Klasa, która zdążyła się już zebrać pod drzwiami sali, zdębiała. Czarne włosy pani profesor, zazwyczaj związane w ciasny kok, teraz spływały łagodną falą, sięgającą pasa. Zamiast tradycyjnej, stonowanej szaty miała na sobie czerwony, dopasowany sweterek i dżinsy. Wreszcie wyglądała na swoje trzydzieści dziewięć lat, a nie na pięćdziesiąt.
-Hm, chyba trochę przesadziliśmy, nie uważacie?- zapytała Kitty, podchodząc do nich. Przekrzywiła głowę w bok, przyglądając się zjawisku, idącemu w jej stronę. Lily zmierzyła ich surowym wzrokiem prefekta, ale nic nie powiedziała. Podsumowując, ten wyskok nie był niczym złym i nie mógł nikomu wyrządzić krzywdy.
-Moi drodzy, proszę za mną- poprosiła Minerwa z radosnym uśmiechem. Nie wiedziała, co się stało, że ma aż tak dobry humor, ale nie przeszkadzało jej to. Na początku trochę buntowała się przeciwko temu jawnemu łamaniu własnych zasad, ale raz się żyje. Zaprowadziła klasę na parter, gdzie znajdowało się mnóstwo drzwi, prowadzących do zazwyczaj nieużywanych miejsc. Otworzyła jedne z nich. Uczniowie z lekkim wahaniem przekraczali próg, który zapoczątkowywał obraz nędzy i rozpaczy. Znajdowali się na dziedzińcu, a raczej czymś, co go przypominało. Kwadratowy placyk o rozmiarach średniej wielkości porastały chwasty, smętnie kładące się na ziemi pod wpływem ciężkich kropel deszczu, spadających z ołowianoszarego nieba. To wszystko z trzech stron otaczały otwarte korytarze, pokryte grubą warstwą kurzu i pajęczyn. Wszędzie poniewierały się fragmenty kamiennych ławeczek. Minerwa wyciągnęła różdżkę i wyczarowała coś na wzór bańki mydlanej, która objęła cały placyk i przylegające do niego korytarze. Deszcz nie przenikał przez nią.
-Chciałabym, abyście połączyli waszą wiedzę, zdobytą na transmutacji oraz zaklęciach i stworzyli z tego dziedzińca miłe miejsce. Podzielę was na pary- oznajmiła nauczycielka. Lily i Cassidy wymieniły zaniepokojone spojrzenia. Ich mroczne przewidywania spełniły się. W klasie szóstej na lekcjach transmutacji było tylko ośmiu uczniów- siedmiu Gryfonów i jeden Krukon. To właśnie on- Scott Wells został partnerem Connie Myren. Cassie została przydzielona do Syriusza, rudowłosa do Jamesa, a Kitty do Remusa. Tylko ta ostatnia para była obustronnie zadowolona. Profesorka podzieliła dziedziniec na cztery części i w każdą z nich wysłała dwójkę uczniów.
-Hm... Cas, jak sądzisz, od czego powinniśmy zacząć?- zapytał Syriusz, gdy stanęli na środku swojego kwadratu. Rozejrzała się uważnie, przygryzając dolną wargę. W głowie zaczęła się jej kształtować pewna wizja. Opowiedziała o niej chłopakowi i zgodnie zabrali się do pracy, choć nie obyło się bez scysji.
***
-Potter, jeżeli jeszcze raz nazwiesz mnie Liluś, kochanie, słonko, czy coś w tym rodzaju, to obiecuję ci, że wyłysiejesz w ekspresowym tempie. Czy wyraziłam się jasno? Mam na imię L-I-L-Y!- ostatni wyraz zaakcentowała. Policzki zarumieniły jej się od gniewu, a zielone oczy ciskały błyskawice. James wpatrywał się w nią z nieukrywanym zachwytem.
-Dobrze, Lily, zrozumiałem. Czy mówił ci już ktoś, że ślicznie wyglądasz, gdy się gniewasz?- Szczere uwielbienie w głosie chłopaka zastanowiło ją. Może rzeczywiście się zmienił? Przed oczyma mignęła jej scena z trzeciej klasy. Odwróciła się do niego tyłem i zaczęła pracować w skupieniu, co wywołało refleksję Jamesa, że kobiety, to jednak dziwne stworzenia.
***
Remus spojrzał na Kitty z rozbawieniem i wyjął jej z włosów listek pokrzywy. Panna Potter z taką zawziętością odchwaszczała lekko niezdarnymi zaklęciami ich kawałek, że części roślin były wszędzie. Lupin usunął je jednym machnięciem i zmienił zielony, zmiętoszony kawałek w swoich rękach w mały, delikatny pączek, który wetknął za ucho dziewczyny.
-Ładniej ci w czerwonych różach niż w pokrzywach-oznajmił z uśmiechem, który roztopiłby niejedno kobiece serce.
***
-Wells, do jasnej cholery, rozumiesz termin współpraca, czy mam ci kupić słownik?- zapytała Connie z ironicznym uśmiechem. Scott- szatyn o cudownych szmaragdowo-zielonych oczach był dla niej godnym przeciwnikiem. Tak samo sarkastyczny, uparty i niezależny jak ona. Blondynka i owszem, była miła i uprzejma, ale tylko dla przyjaciół. Ten facet po prostu ja irytował.
-Ok., Myren, to co proponujesz?- W końcu odwrócił się do niej twarzą. Od kiedy tylko tu przyszli, pracował samodzielnie. Choć nieźle mu to szło, to jednak gryzło się z jej wizją.
-Chwilowy, ale tylko chwilowy rozejm.
***
Minerwa uśmiechnęła się, słysząc głosy swoich uczniów. Byli młodzi, mieli przed sobą całe życie. Patrzyła jak dorastają, dokonują pierwszych, ważnych wyborów, dochodzą do kompromisów. Kochała swoich uczniów, jak własne dzieci, których nigdy nie miała, ale nie potrafiła tego okazać. Była surowa i wymagająca, bo im bardziej im pobłażała, tym gorzej się uczyli i zaczynali lekceważyć jej przedmiot. Uwolniła się od tych myśli i skupiła się na zaklęciu, które było wyjątkowo złożone. Polegało na ustawieniu ładnej, ciepłej, słonecznej pogody, która miała się utrzymywać, nie zważając na warunki atmosferyczne, panujące na zewnątrz. W końcu udało się jej. Spojrzała na cztery pary i postanowiła dać im trochę prywatności. Otoczyła ich tereny żywopłotami, zostawiając między nimi ok. metra przestrzeni, by można było się swobodnie poruszać. Zostawiła ich samych i poszła usprawiedliwić swoich uczniów u innych nauczycieli. Czuła, że zajmie im to dłużej niż czterdzieści pięć minut.
***
- Hej, Elizabeth. Connie zaraz przyjdzie, poszła sprawdzić jakieś zaklęcie w bibliotece – oznajmiła Cassie, padając na krzesło. Była zmęczona ciężką pracą i nieustającymi zaczepkami Syriusza. Dużo już zrobili, ale wiele jeszcze im pozostało. Nałożyła sobie trochę jedzenie i zaczęła je konsumować. Chwilę później przybyła oburzona do granic możliwości Connie.
- Co za kretyn - westchnęła, opadając na krzesło. Odchyliła się do tyłu, co skwapliwie wykorzystał Scott, przechodzący obok. Pociągnął jej oparcie w dół, powodując upadek dziewczyny. Było to wyjątkowo dziecinne, ale nie mógł się opanować przed tą drobną złośliwością, która zapewne przeleje kielich goryczy blondynki. Wstała, mierząc go wściekłym wzrokiem. Jakby stosownie do chwili, po niebie przetoczyła się błyskawica, oświetlając bladym światłem twarze uczniów. Na usta Myren zawitał szatański uśmiech, którego obawiała się większa część szkoły.
- No to się zaczyna - westchnęła Lizzy, wracając do przerwanego posiłku. Connie udawała, że jej nie słyszy. Usiadła przy stole, napełniła talerz, oparła zgięty łokieć na stole, a policzek na dłoni i zaczęła jeść.
- Peter, masz notatki z zaklęć i obrony? – zapytała Cassie, obracając się w stronę chłopaka. Między nimi były jeszcze trzy osoby : Syriusz, James i Remus, więc musiała się wychylić do tyłu, by móc złapać kontakt wzrokowy z Pettigrew’em. Pokiwał głową. – Pożyczysz? – Kolejne kiwnięcie. – Dzięki.
- Cassie, znajdziesz dla mnie chwilę?- zapytał Daniel, zatrzymując się koło niej. Usiadła prosto i zastanawiając się, czego może od niej chcieć, wyraziła prośbę, by poczekał chwilę. Skończyła jeść i wyszli z Wielkiej Sali. Nadal padało, więc postanowili przejść się po korytarzach.
- Czy poszłabyś ze mną do Hogsmade w następną sobotę? – zapytał w końcu, gdy przeszli już spory kawałek. Cassie spojrzała na niego ze zdumieniem. Myślała, że skończył już popisywać się przed kumplami. Zastanawiała się, co mu odpowiedzieć, gdy ktoś zrobił to za nią.
- Nie, nie pójdzie, bo idzie ze mną – oznajmił beztroskim głosem Syriusz. Wyszedł za nimi, by sprawdzić, co kombinuje Krukon.
- Oczywiście, bardzo chętnie, Dan – odparła Cas, obdarzając chłopaka najładniejszym uśmiechem, na jaki ją było stać. Łapa aż zazgrzytał w duchu zębami. W stosunku do niego nigdy się tak nie zachowywała. – A ty, Black, nie rozporządzaj moim wolnym czasem, bo nie masz do tego absolutnie żadnych praw. Muszę już lecieć. Zgadamy się jakoś.
Odeszła, zostawiając ich samych i ruszyła w stronę dziedzińca. Weszła na swoją część i zaczęła kontynuować budowę różanej altany z huśtawką dla dwóch osób w środku. Po jakimś czasie przybyli pozostali. Brakowało tylko Syriusza i Lily. Nieobecnością chłopaka Cassie nie zmartwiła się za bardzo. Zapewne zapomniał się z jakąś biuściastą blondynką, którą obściskuje namiętnie w jednej z licznych wnęk zamku. Gdy ukończyła już altanę, przyszła Lily. Włosy miała potargane i pokryte sadzą, a przez policzek biegła krwawa pręga.
- Pani profesor, Black i Anderson pojedynkują się. Nie mogę ich powstrzymać – oznajmiła rudowłosa zrozpaczonym głosem. Na te słowa wszyscy uczniowie oderwali się od swojej pracy. Wiedzieli, że gdy w grę wchodziły temperamenty tych dwóch osobników, rzecz mogła skończyć się tragicznie. Pierwsza zareagowała Minerwa. Kazała Lily prowadzić, po czym pobiegła za rudowłosą. Uczniowie ruszyli za nimi. Nie musieli długo ich szukać. Znaleźli pojedynkujących się tam, gdzie zostawiła ich Cassie. Obaj nie wyglądali najlepiej. Ledwo trzymali się na nogach i mieli różne dodatki, będące wynikiem rozmaitych zaklęć. Wyglądało na to, że zaczęli od tych mniej poważnych (różowe uszy słonia u Dana i łysina Syriusza). Obecnie sprawa wyglądała już dużo gorzej.
- Expeliarmus! – Po korytarzu rozległ się donośny głos opiekunki Gryfonów. Obie różdżki wylądowały w jej rękach. Przybrała swój zwykły, surowy wyraz twarzy, po czym zmierzyła obu panów srogim spojrzeniem. – Znacie zasady, panowie. Szlaban. Dzisiaj o osiemnastej przyjdziecie do mojego gabinetu. Cassidy, odprowadź całą trójkę do Skrzydła Szpitalnego.
Minerwa wraz z resztą uczniów skierowała się na dziedziniec. Fantastyczna Czwórka powlokła się w drugą stronę. Całą drogę panowało pełne negatywnych emocji milczenie. Cassie odprowadziła ich do drzwi, po czym zawróciła. Szła pustymi o tej porze korytarzami, starając się uspokoić. Nigdy nie płakała, ale w tej chwili miała olbrzymią ochotę usiąść na jednym z licznych parapetów i wyrazić całą swoją wściekłość łzami. Nagle przez głowę przemknęło jej, że może to wszystko jest jednym z głupich dowcipów Syriusza. Zapewne założył się z kimś. Krople, gromadzące się w kącikach oczu, natychmiast wyschły. Przestała dopuszczać do siebie inne możliwości. Wyprostowała się i odgarnęła włosy z twarzy. Nie da mu wygrać. Po jej trupie. Weszła na dziedziniec i wróciła do pracy.
Wieczorem przepisała notatki od Petera, który za namową Remusa już w poprzednim roku zaczął prowadzić dokładne zapiski z lekcji, co niezwykle korzystnie odbiło się na jego stopniach. Gdy skończyła, wykąpała się i położyła. Zasunęła kotary i spod poduszki wyciągnęła „Dumę i uprzedzenie” Jane Austen. Niewiele potrzebowała czasu, by przygody panny Bennet wciągnęły ją doszczętnie.
*niepotrzebne skreślić.
komentarze [8]2.Podróż. >> wtorek, 27 listopada 2007 17:02:11
Nie było mnie trochę. Mam nadzieję, że wynagrodzi to wam dłuuugi rozdział, który przepisywałam kilka dni. Jeżeli chcecie być informowani o nowych częściach, to w KSIĘDZE GOŚCI napiszcie adres bloga lub numer gg, gdzie można was znaleźć. Wesołych Mikołajek.
Pozdrawiam
Panna Y
1 września 1976 r.
środa
Następnego ranka Cassie obudził dźwięk dzwoneczków. Wisiały one na haczyku, przymocowanym do górnej części futryny, więc nie dało się przejść, nie potrącając ich. Jednak od tej reguły również były wyjątki. Dostać lub wydostać się z pokoju bezdźwięcznie mogli jedyni ludzie bardzo miernego wzrostu lub Cas, która opanowała tę sztukę prawie bezbłędnie. Tym razem hałas spowodowało wejście mamy.
-Kochanie, musisz już wstawać- oznajmiła córce pani Zollen. Była to część ich małego rytuału budzeniowego. Matka zawsze budziła Cassidy piętnaście minut wcześniej, po czym kierowała się do pokoju syna, by go dopilnować. Następnie wracała i zmuszała Cas do opuszczenia ciepłego, wygodnego łóżka. Tak stało się i tym razem.
Pół godziny później cała rodzina siedziała w małej, przytulnej kuchni, jedząc śniadanie. Specjalnie dla Cassidy mama umieściła w menu zieloną herbatę i ogórki kiszone. Dziewczyna uwielbiała te dwa przysmaki, co często kończyło się wizytą u skrzatów domowych w Hogwarcie. Niestety apetyt Cas był nieprzewidywalny, więc już kilka razy brunetka spalała zdobyte przed chwilą kalorie na różnorodnych szlabanach. W zeszłym roku skończyło się to u dyrektora, gdyż uczniowie nie powinni chodzić do kuchni, a tym bardziej o tak późnych porach. Poczciwy staruszek nic nie powiedział, tylko wręczył dziewczynie słój ogórków i paczkę zielonej herbaty. Profesor McGonagall była w takim szoku, że zapomniała to skomentować.
Dziewczyna przyglądała się uważnie rodzicom, starając się zapamiętać każdy szczegół ich twarzy. Nie zobaczą się aż do przerwy świątecznej. Cassidy przyzwyczaiła się do rozstań z mamą i tatą, ale zawsze za nimi tęskniła.
-Amber, już czas jechać- zarządził pan Zollen, wstając od stołu. Jego żona machnęła różdżką i niewykorzystane produkty powędrowały do lodówki, śmieci do kosza, a naczynia do zlewu. Cassidy i Matt pobiegli na piętro by zabrać kufry i kosz z kotem. Chwilę później byli już na dole, kłócąc się o to, z kim pojedzie zwierzę. Rodzice szybko rozwiązali ten problem, wręczając synowi klatkę z sową. Szatyn nazwał puchacza Rebeusem, na cześć gajowego Hogwartu, który był jednym z przyjaciół rodzeństwa.
Za pięć jedenasta Cassidy wciąż stała na peronie, wysłuchując kolejnych wskazówek mamy. Natomiast Matt zwiał przy pierwszej nadarzającej się okazji i obecnie siedział bezpiecznie w przedziale, opowiadając swoim kolegom o tym, jak spędził wakacje. Rozległ się dzwonek. Pociąg zaraz miał ruszyć.
-Mamo!- jęknęła dziewczyna. Amber przytuliła swoją córkę i wtedy koła poszły w ruch. Cassie zaczęła biec, ciesząc się, że swój bagaż umieściła już w korytarzu pociągu. W końcu dobiegła do ostatnich drzwi i wskoczyła na stopnie. Pociągnęła za klamkę. Ani drgnie. Dziewczyna głośno przeklęła i spróbowała jeszcze raz. Nic. Westchnęła ciężko i doszła do wniosku, że co najwyżej spędzi podróż na schodkach. W sumie całkiem przyjemnie się na nich siedzi, a nigdy jeszcze nie słyszała o tym, żeby jakiś uczeń dojechał do Hogwartu w tak dziwny sposób. Przynajmniej będzie pierwsza. Niestety nie dane jej było wykonać tego jakże oryginalnego planu, gdyż drzwi nagle otworzyły się, a czyjeś silne, umięśnione ręce wciągnęły ją do środka.
-O, cześć Daniel- powiedziała do stojącego przed nią wysokiego, dobrze zbudowanego blondyna o szaro-niebieskich oczach, ukrytych za ciut zabawnymi, kwadratowymi okularami. Daniel Andersen- jeden z najprzystojniejszych chłopaków w szkole i okropny flirciarz. Zmieniał dziewczyny jak skarpetki. Poznali się na warsztatach hogwarckiego chóru. Był rok od niej starszy i popisywał się przed kumplami, udając, że Cas mu się podoba. Przynajmniej taka była wersja brunetki. Jak było naprawdę? Tego nie wiedział nikt.- Dzięki za pomoc.
-Nie ma za co, słonko ty moje- odparł chłopak, ale dziewczyna już tego nie słyszała. Wędrowała korytarzem w poszukiwaniu swojego bagażu. Po dość krótkim czasie odnalazła go. Koszyk miauczał przeraźliwie, więc Cassidy szybko wyjęła kota i zaczęła go uspokajająco drapać za uszami. Hrabia mruczał już po kilku sekundach spędzonych w ramionach właścicielki.
-Przykro mi, ale dopóki nie znajdziemy przedziału, będziesz musiał tu posiedzieć- powiedziała Cas, wpychając zwierzę do koszyka. Stawiał opór, ale Zollen nie dała mu uciec. W końcu położył się wśród wikliny, odwracając tył w stronę swojej pani.- Hej, to nie moja wina.
Niestety Zdzisław, jak było do przewidzenia, nie odpowiedział nic. Dziewczyna westchnęła i ruszyła korytarzem, ciągnąc za sobą ciężki kufer.
Przeszła już mniej więcej połowę pociągu, gdy nagle stanęła. Nie mogła dalej iść. Odwróciła się ze złością. Kółka jej kufra, które zainstalowała mama, zablokowały się w przejściu. Cassie wymruczała pod nosem kilka przekleństw, których nikt by się po niej nie spodziewał i pociągnęła za rączkę kufra raz, drugi, trzeci. W końcu przyłożyła się i włożyła w to całą swoją siłę. Udało się. Dziewczyna poczuła, że uwolniła kufer. Ze zdumieniem odnotowała jeszcze jeden fakt- odrzuciło ją tak, że właśnie leciała w powietrzu.
-Lecę, lecę, lecę i zaraz przestanę lecieć i będzie to wyjątkowo bolesne, więc może lepiej zrobię, jak przygotuję się na to psychicznie- rozmyślała brunetka, zataczając w powietrzu łuk. Zamknęła oczy w oczekiwaniu na sporą dawkę bólu. Zamiast tego poczuła kolejne silne ramiona, które przycisnęły ją do umięśnionej klatki piersiowej. Po zapachu perfum poznała, że to Syriusz. Zarumieniła się, w myślach rozważając ile jeszcze przekleństw użyje dzisiejszego dnia. Uniosła powieki i przekręciła głowę w tył. Był to poważny błąd, gdyż teraz ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Czarnowłosemu najwyraźniej to nie przeszkadzało. Delikatnie obrócił ją tak, że stała do niego przodem. Kufer został odstawiony gdzieś na bok. Dziewczyna oplotła rękoma jego szyję i dojrzała w jego szarych oczach przyjemne ciepło. Od pocałunku dzieliło ich zaledwie kilka milimetrów. Właśnie wtedy Cassie usłyszała najgorszy krzyk, jaki może usłyszeć siostra.
***
Matt starał się nie wydawać żadnego dźwięku. Krzyknął tylko raz, gdy zaklęcie trafiło go w klatkę piersiową. Nie było to crucio, ale również sprawiało wiele bólu. W ciszy zwijał się na podłodze. W kącie kuliły się ze strachu dwie Gryfonki z jego klasy- Megan i Effie. Pierwsza była pochodzenia niemagicznego, więc to ją Walden Macnair i jego dwaj kumple wybrali sobie na ofiarę poniżających żartów. Niestety trafili również na niego. Odcinał im się tak ostro, że w końcu zostawili Meg i zaczęli męczyć jego. Trudno było upokorzyć go psychicznie, więc Ślizgon postanowił pobawić się różdżką. Ból był niewyobrażalny. Nagle rozległ się huk dwóch padających ciał i zaklęcie przestało działać. Matt otworzył oczy. Nad sobą zobaczył bladą twarz siostry. Gdzieś za nią leżeli oszołomieni Augustus Rookwood i Antonin Dolohov, a Macnair właśnie podnosił się z siedzenia, gdzie upadł popchnięty ramieniem Cassidy.
-Matt, nic ci nie jest?- zapytała. W odpowiedzi podniósł rękę i wskazał na Waldena, który zdążył już stanąć na nogi. Dziewczyna natychmiast wyciągnęła różdżkę i odwróciła się. Nie widziała już, jak jej brat traci przytomność.
-No proszę. Nieustraszona Cas przybywa na ratunek. Naprawdę uważasz, że masz ze mną jakiekolwiek szanse?- najpierw zaatakował Matta, a teraz z niej kpi. W oczach Cassie pojawiły się złowieszcze błyski. Właśnie ten moment wybrał Syriusz. Zatrzymał się w drzwiach przedziału, obrzucając wszystko uważnym wzrokiem.- Oto i rycerz na białym rumaku, co pragnie uratować damę swego serca. Zamierzasz się ze mną pojedynkować, Black?
-Żebyś wiedział. Na pewno jej na to nie pozwolę...- zaczął Syriusz, ale nagle głos zatrzymał mu się w gardle. Nie mógł się ruszyć, ani nic powiedzieć. Spojrzał z pretensją na Cassidy, która ochroniła dzieciaki przenośną tarczą i stała gotowa do odparcia ataku. Chłopak z niepokojem obserwował pojedynek. Zaklęcia leciały we wszystkie strony świata. Cassie już trochę oberwała, ale Walden też nie wyglądał najlepiej. Jego ciemne włosy były w lekkim nieładzie, a na ramieniu widniała krwawa pręga. Właśnie starał się ugasić rąbek swojej szaty. Gdy tylko mu się to udało, wysłał w stronę Cas serię zaczarowanych, zatrutych strzał. Jedna trafiła ją pod żebra. Wyciągnęła ją szybko.
-Tylko na tyle cię stać?- zapytała, uśmiechając się ironicznie. Otarła krew z pękniętej wargi i wtedy zaczęło się z nią dziać coś dziwnego. Obraz rozmazał się i kręcił dookoła własnej osi. Potem nagle znikł, a Cassidy ogarnęła ciemność.
***
Syriusz poczuł, że może się ruszać. Zanim do końca odzyskał sprawność, Ślizgoni wyszli. Podbiegł do nieprzytomnej przyjaciółki. Zaklął cicho, wiedząc, że nie jest w stanie jej pomóc. Odwrócił się do dziewczynek i dopiero teraz zauważył, że przedział jest w opłakanym stanie.
-Jak masz na imię?- zapytał małą, jasną blondyneczkę. Wydawało się, że jest mniej wystraszona niż jej koleżanka, która kuliła się w kącie.
-Effie Wood- odpowiedziała mocnym głosem. Black już wiedział skąd znał te rysy twarzy. Jej brat był siedemnastoletnim Krukonem, a siostra piętnastoletnia Puchonką.
-Jakieś pięć, sześć przedziałów dalej siedzą moi przyjaciele. Znasz ich?- Dziewczynka kiwnęła twierdząco głową. Niewiele znalazłoby się osób, które nie wiedziałyby kim są. Byli wyjątkowo sławni nie tylko ze względu na ich wyjątkowo objawiające się poczucie humoru, ale także wygląd.- Poproś ich, żeby sprowadzili tu Kitty Potter z jej zestawem eliksirów.
-Jasne.- Wybiegła zanim Syriusz zdążył choćby mrugnąć okiem.
***
Kitty Potter była brunetką o orzechowych oczach i siostrą bliźniaczką Jamesa. Zawsze dziwiła się temu, iż mimo jednej rodziny, genów i wychowania tak bardzo się różnili. Jak to mawiała Cassidy, jedna z dziewczyn, z którymi dzieliła dormitorium „Niemożliwe, żebyście pochodzili z jednego miotu”. Właśnie omawiała ze swoja siostrą cioteczną- Indrą Gard wady i zalety Daniela Andersena, który ostatnio żywo interesował się druga dziewczyna. Ind była wyjątkowo niską brunetką o kocich oczach. Również należała do Gryffindoru, ale o rok wyżej. Oprócz nich w przedziale siedziały jeszcze koleżanki z pokoju Kitty: zielonooka, ruda pani prefekt- Lily Evans, również zielonooka szatynka Elizabeth Wylder oraz filigranowa blondynka, której kolor tęczówek zmieniał się pod wpływem światła- Connie Myren.
-Kitty, bierz swoje eliksiry i chodź za mną.- Do przedziału wpadł zdyszany Remus Lupin. Był przystojnym, ciemnym blondynem o jasnobrązowych oczach. Bardzo podobał się pannie Potter, więc jego nagłe pojawienie się w przedziale wywołało na jej policzki rumieniec. Nie pytając o nic, podniosła się z siedzenia i wyjęła z kufra małą, czarną skrzyneczkę. Indra ruszyła za nimi. Przed drzwiami czekała na nich mniej więcej dwunastoletnie dziewczynka. Bez słowa pobiegła korytarzem. Ruszyli za nią. W przedziale, do którego weszła, było sześć osób. Dwie z nich leżały nieprzytomne na podłodze, a jedna przeżywała załamanie nerwowe. Uspokoiła się dopiero, gdy pulchny blondynek o wodnistych oczach- Peter Pettigrew, dał jej swoja ostatnią czekoladową żabę.
-Hmmm... No dobra. Peter i James zabierzcie te małe do innego przedziału. Tu będą tylko przeszkadzały. Weźcie też ich bagaże.- Kitty nie lubiła wydawać poleceń, ale tutaj najwyraźniej nie będzie miała innego wyjścia. Chłopcy posłusznie wyszli, ciągnąc ciężkie kufry. Dziewczynki podreptały za nimi. –Co tu się stało?
-Matt oberwał jakąś klątwą, a Cas trafiła... strzałka? Nie wiem, co to było. Wydaje mi się, że jakiś rodzaj czarnej magii, ale to nie moja dziedzina- wytłumaczył Syriusz. Miał wyrzuty sumienia. Dał się tak łatwo podejść. Kitty westchnęła. Nienawidziła czarnej magii, ponieważ bardzo utrudniała sprawę.
-Ok. Indra znajdź mi tam buteleczki z eliksirami cucącym i przeciwbólowym, a wy przenieście ich na siedzenia.- Gdy Lunatyk i Łapa wykonali jej prośbę, zauważyła coś na podłodze. Pochyliła się. Była to mała kałuża krwi, zmieszana z jakimś płynem. Potter ostrożnie umaczała w tym palec i powąchała. Wolnodziałająca trucizna, wywołująca niezbyt wielkie szkody w organizmie. Czarne magia na niezbyt zaawansowanym poziomie. Najpierw zajęła się chłopakiem. Ocuciła go, dała mu środek przeciwbólowy i wysłała z Peterem do jego przedziału. Był tak oszołomiony, że nie protestował. Tymczasem Indra, James i Remus naprawiali szkody, wyrządzone przez rozmaite zaklęcia. Syriusz w milczeniu przypatrywał się opatrywaniu Cassie. Kitty nasmarowała ranę maścią i za pomocą mugolskiej igły i strzykawki wstrzyknęła antybiotyk. Tego Black nie mógł już oglądać. Od dziecka panicznie bał się tych małych, srebrnych i ostrych przedmiotów. Teraz pozostało im już tylko czekać, aż dziewczyna się obudzi.
***
Cassidy poczuła, że odzyskuje świadomość. Skutkiem tego było odnotowanie przez nią trzech faktów. Pierwszy: coś, najprawdopodobniej jej kot, leżało na jej brzuchu, dając przyjemne ciepło. Drugi: trzymała głowę na czyichś kolanach. Trzeci: ktoś umieścił swoją jedną rękę na jej włosach, a drugą poniżej biustu. Otworzyła oczy. Za jej poduszkę robił słodko śpiący Syriusz, natomiast rolę termofora odgrywał Hrabia. Spojrzała na Zdzisława. W jego oczach dostrzegła nieme, kocie pytanie. Mrugnęła potakująco, na co kot najwyraźniej się odprężył. Delikatnie zdjęła dłonie Blacka i usiadła, przesuwając Rentgena na swoje kolana. Podwinęła bluzkę i jej wzrok padł na opatrunek, przytwierdzony bandażem. Wyjrzała przez okno. Słońce już zaszło, a pociąg mijał ciemne lasy i wrzosowiska. Niedługo będą w Hogwarcie. Wstała, udając, że nie widzi niezadowolenia Hrabiego. Stanęła na palcach i ściągnęła z półki kufer. Wyjęła mundurek i spowrotem wpakowała skrzynię na jej miejsce. Starała się to robić jak najciszej, gdyż nie tylko Syriusz, ale również James, Remus i Peter spali. Wymknęła się na korytarz w poszukiwaniu najbliższej łazienki. Znalazła ją, przebrała się i wróciła.
-Za pięć minut będziemy w Hogsmade. Proszę pozostawić kufry w przedziałach i przyszykować się do wyjścia.- Głos, wydobywający się z głośników, zdołał obudzić czterech chłopaków. Chwilę później Cassie stała na peronie, starając się otulić płaszczem. Uniemożliwiał jej to silnie wiejący wiatr. Huncwoci zniknęli jej z oczu, gdy usiłowała nie dać się ponieść fali uczniów. Jeszcze raz rozejrzała się uważnie. Nie dojrzała nikogo znajomego, więc ruszyła w stronę powozów. Środki przeciwbólowe przestały działać, więc co chwilę przystawała, demoralizując ludzkość rozmaitymi przekleństwami. W końcu udało jej się dojść. Wsiadła do pierwszego lepszego, wolnego powozu. Podróż wyboista drogą spędziła samotnie. Nie przeszkadzało jej to. Lubiła te chwile ciszy i spokoju, kiedy jesteś sam na sam ze swymi myślami.
W końcu pojazd stanął. Wysiadła i spojrzała w górę, na zamek. Właśnie w tej chwili zaczęło lać. Krople padały gęsto, zmuszając uczniów do ucieczki. Cassidy nie przejęła się tym za bardzo. Kochała deszcz. Zmywał ze świata cały brud. Stała, wpatrując się w ciemne niebo. Nie przeszkadzało jej, że musiała co chwilę zamykać oczy. Woda płynęła po jej twarzy, włosach i ubraniu.
-Choler jasna, Cassie!- Usłyszała czyjś głos, który skutecznie wyrwał ja z krainy własnych myśli. Odwróciła się i ujrzała Syriusza. Stał z przyjaciółmi jakiś metr od niej. Chłopcy przyglądali się jej uważnie. W końcu Remus zdjął swój płaszcz i nakrył nim ramiona dziewczyny.
-Nie wolno ci moczyć rany- oznajmił spokojnie. Niewiele rzeczy wyprowadzało go z równowagi, a Cas traktował jak młodszą siostrę o którą trzeba dbać. Pokiwała grzecznie głową. O szczegóły wypyta Kitty. Weszli do Wielkiej Sali i zajęli swoje miejsca. Czarnowłosa wyjęła różdżkę i osuszyła się.
-Moi drodzy.- Tylko te dwa słowa usłyszała z przemowy dyrektora. Później wyłączyła się. Było tyle ciekawych rzeczy do roboty. Chociażby patrzenie na to, jak jej braciszek szeptem rozmawia z Megan. Przyjrzała się uważnie dziewczynce. Niska, chudziutka i niezbyt ładna wzbudzała sympatię. Miała brązowawe włosy średniej długości i szare oczy oraz miły, szeroki uśmiech. Cassie poczuła, że ją polubi. Co chwilę jej przemyślenia przerywała fala oklasków, gdy kolejny kot dostawał przydział.
-Nad czym tak dumasz?- zapytał Syriusz zabawnie przekręcając głowę na bok. Odwróciła się do niego i dopiero teraz dojrzała, że niewiele osób słucha starego Dipeta, który w następnym roku miał odejść na emeryturę. Siedząca naprzeciw Connie przyglądała się ciemnemu sufitowi. James próbował zwrócić na siebie uwagę Lily. Ona, Elizabeth i Remus byli tymi „uważającymi”.
-A nad wszystkim po kolei. Szczególnie nad...- zrobiła ruch ręką w stronę Matta. Syriusz spojrzał na niego i jego towarzyszkę. Uśmiechnął się, przypominając sobie siebie w tym wieku. Cassie chyba również zagnała myśli w tamtym kierunku. Nie potrzebowali słów, by się zrozumieć.
-Smacznego!- Na stołach pojawiły się potrawy. Oczy dziewczyny zabłysły na ten widok. Nałożyła sobie trochę pieczonego kurczaka i ziemniaków w „panierce”. Zaczęła to wszystko konsumować.
-Cassie, co ci się stało? Zazwyczaj jesteś bardziej gadatliwa- stwierdziła Connie. Ona i jej przyjaciółka Lizzy wpatrywał się w nią z troską i ciekawością jednocześnie. Istotnie Zollen bardzo dużo mówiła, dlatego najczęściej obrywała zaklęciem „Silencio”. Mówiła nawet przez sen.
-Nic jestem strasznie głodna.- Dziewczyny uśmiechnęły się do siebie. Olbrzymi apetyt Cas był równie znany, co jej gadulstwo. Potrafiła zjeść bardzo dużo, a i tak nie mogła przytyć. Szybko pochłonęła swoją porcję i z niecierpliwością czekała na desery.
-Syriuszku, słonko.- Usłyszała koło siebie czyjś przesłodzony głos. Odwróciła głowę w tamtą stronę i uśmiechnęła się złośliwie. Na kolanach jej przyjaciela siedziała Patrice Brown. Była to blond Krukonka o niewinnych, niebieskich oczętach. Ona i Cassidy nie lubiły się odkąd tylko się spotkały. Wtedy to czarnowłosa „niechcący” wypchnęła Brown z łódki. Powód? Zaczęła wyśmiewać się z Elizabeth. Ojciec Wylder dawniej pracował w Banku Gringotta, ale został oskarżony o kradzież i zesłany do Azkabanu.
-Hm... Chyba Syriuszowi za bardzo na niej nie zależy. W końcu dzisiaj mało jej nie zdradził- pomyślała, przypominając sobie sytuację z rana. Już ona coś wymyśli, by utrudnić jej życie. Straciła nimi zainteresowanie, gdy na stole pojawiły się jej ukochane lody czekoladowe. Jadła je z prawdziwą przyjemnością, której nic nie mogło zepsuć.
Niedługo potem uczta skończyła się. Dyrektor życzył im dobrej nocy i rozeszli się. Cassie zmierzała do wieży Gryffindoru wraz z innymi uczniami swojego roku.
-Liluś, kochanie, umówisz się ze mną?- zapytał tradycyjnie James, wlepiając w pannę Evans swe orzechowe oczy, błyszczące nadzieją zza szkieł okularów. Jego czarne włosy sterczały we wszystkich kierunkach, co nadawało mu wygląd niesfornego dziecka. Do tego wizerunku nie pasowała jedynie wysportowana sylwetka szukającego. Cas westchnęła. Jak jej tego brakowało!
-Nie, Potter.- Zaczynało się łagodnie. Ciągu dalszego nie usłyszała, bo ktoś pociągnął ją za łokieć w bok. Była to Kitty. Przeczekały, aż większość osób je wyminie.
-Jak się czujesz?- zapytała, gdy wreszcie ruszyły. Nie wszyscy musieli wiedzieć o tym, co stało się w pociągu.
-Nieźle, choć boli. Remus mówił mi, że nie mogę moczyć rany.- Kit wytłumaczyła jej wszystko. Resztę drogi przebyły, rozmawiając o wakacjach.
komentarze [7]1.Rodzina Zollenów. >> piątek, 21 września 2007 08:53:21
Witam. Jak widzicie zgodnie z obietnicą powracam. Mam nadzieję, że pierwsza część spodoba się wam- czytelnikom. Zainteresowanych zapraszam do działu "O mnie". Znajdziecie tam charakterystykę części bohaterów, którzy pojawią się w tej notatce. Będzie ona ciagle uzupełniana, więc mam nadzieję, że w przyszłości nie pogubicie się w plątaninie wątków.
Pozdrawiam
Panna Y
31 sierpnia
wtorek
-Cassie!- czarnowłosa głowa mamy pojawiła się w oknie kuchni. Amber Zollen pracowała w Departamencie Gier i Sportów. Dawniej była szukającą w reprezentacji Anglii, ale kontuzja nadgarstka przekreśliła całą jej nadzieję na dalszą karierę. Sprawiała miłe wrażenie. Mnóstwo małych, czarnych loczków, których kolor odziedziczyła córka, okalało małą, krągłą twarz. Największą uwagę zwracały oczy. Duże, ciemnoniebieskie, zawsze uśmiechnięte. Potrafiła dogadać się ze swoimi dziećmi i starała się je zrozumieć. Wielu zazdrościło Zollenom takiej matki. –Wracaj już do domu. Jutro wstajemy wcześnie. Musisz się wyspać.
-Dobrze mamo!- odparła wspomniana Cassie. Była niską, szczupłą brunetką o bursztynowych oczach. Nie była powalająco piękna, ale podobała się chłopakom. Gorzej, jeżeli chodziło o nią. W jej snach i marzeniach od pięciu, długich lat pojawiał się tylko jeden chłopak- Syriusz Black*. Kilku przystojnych przedstawicieli płci przeciwnej z poważniejszymi zamiarami przewinęło się przez jej szesnastoletnie życie, ale każdy został skutecznie spławiony. Lecz obecnie żaden mężczyzna nie zaprzątał jej myśli. Krążyły one obok ślicznych, mieniących się w słońcu baniek mydlanych. Mały, odpowiedni patyczek z kółkiem na jednym końcu i pojemniczek z płynem do naczyń wymieszanym z wodą, potrafiły poprawić jej humor na cały dzień. Jej rówieśnicy uważali to za mugolskie i dziecinne, ale gdy tylko przyjrzeli się dokładniej tworom oddechu dziewczyny, zaczynali również podziwiać małe, przezroczyste kulki, które leciały gdzieś niesione przez wiatr. Ostatnie bańki uniosły się nad dachem domu i znikły. Dziewczyna spuściła wzrok i spojrzała z miłością na mały, bielony budynek o zielonych drzwiach i okiennicach oraz czerwonych dachówkach. Niektóre ściany obrastał bluszcz, który uwielbiała jej mama. Dbała ona również o ogród znajdujący się przed, za i z prawej strony domu. Na lewo był trawnik, na którym stał drewniany stół i ławy. Zollenowie jadali tam w cieplejsze dni.
Cassidy przekroczyła próg domu i owionął nią miły chłód. Temperatura na dworze przekraczała trzydzieści stopni. Mimo że był już wieczór, to powietrze nadal było nagrzane. Brunetka weszła do kuchni. Przy starym, dużym stole siedział ojciec. Jason Zollen był blondynem o identycznych jak u córki i syna oczach. Pracował jako auror, więc rzadko kiedy przebywał w domu. Ostatnio coraz częściej przesiadywał w swoim biurze do późnych godzin nocnych, więc jego widok lekko zdziwił Cassidy. Już otworzyła usta, by zadać pytanie, gdy usłyszała czyjeś dudniące kroki na schodach. Chwilę później do kuchni wpadł Matt, dwunastoletni brat dziewczyny. Był przystojnym szatynem o wyjątkowo żywej, buntowniczej osobowości. Mimo swego młodego wieku wywoływał popłoch wśród swoich koleżanek, które wielbiły go nie tylko za wygląd, ale i za charakter. Dzięki obecności dwóch kobiet w domu, nabrał do nich szacunku i rozumiał dziewczyny o wiele lepiej niż inni jego koledzy. Koleżanki Cassie z jego roku, wyższych i niższych twierdziły, że po prostu da się z nim porozmawiać i nie wyśmiewa ich problemów. Cassidy sama dobrze o tym wiedziała. Często przychodziła do brata, by po prostu pogadać, a on był z tego zadowolony, bo niewielu chłopców mogło powiedzieć, że siostra na tyle im ufa, by zwierzać się ze swoich kłopotów. Obecnie Matt również stanął, zdumiony obecnością ojca.
-Ty nie w pracy?- zapytał. Ojciec oderwał się od lektury „Proroka Wieczornego” i spojrzał na dzieci. Jego wzrok był lekko nieprzytomny. Dopiero teraz rodzeństwo dostrzegło, że tata wyglądał na wyjątkowo zmęczonego. Do kuchni wbiegli kot i pies. Ten pierwszy o cudnym tytule, imieniu i nazwisku- Hrabia Zdzisław Rentgen wskoczył panu Zollen na kolana i tam zwinął się w kłębek, mrucząc cicho. Był zwykłym dachowcem o niezwykle dużych rozmiarach i ubarwieniu. Nie znalazło się żadnego koloru kociej sierści, którego matka natura nie umieściła na jego futrze. Ponadto jego waga i wielkość zdecydowanie przekraczały normy. Cięższy i większy od pozostałych przedstawicieli swego gatunku, prowadził prym wśród hogwarckiej menażerii. Natomiast pies- Lord Misiek Pies był zwykłym, czarnym podpalanym kundlem. Jedno ucho postawione, a drugie zgięte wpół oraz zęby wyszczerzone w wiecznym uśmiechu nadawały mu wygląd kompletnego głupka, który cieszy się z byle czego. Było to wrażenie mylne. Zwierzę posiadało niezwykle rozwiniętą inteligencję. Potrafiło otworzyć lodówkę, rozmaite szafki i piekarnik, więc często pani domu musiała chronić swe produkty i wyroby zaklęciami. Za jego budę służyło miejsce pod stołem i tam właśnie ułożył się w tej chwili. Huk, jaki zawsze towarzyszył padaniu psa na podłogę, obudził z zadumy ojca.
-O co pytałeś? A tak, już wiem. Musiałem być w domu, przecież jutro wyjeżdżacie- stwierdził tata. Gdy tylko skończył, weszła jego żona. Pod jej komendą cała rodzina przygotowała kolację. Zjedli ją i pani Zollen wysłała dzieci na górę, by sprawdziły, czy dobrze się spakowały. Sama usiadła bliżej męża i zaczęła go wypytywać o niepokojące wieści, jakie krążyły po Ministerstwie.
Cassie weszła do swojego pokoju. Przy okazji potraciła wielkie, metalowe dzwonki feng shui z drewnianymi delfinami. Dziewczyna przywiozła je z wakacji u cioci. Starsza pani kupiła je córce bratanicy męża na bazarze. Według sprzedawcy były magiczne. I rzeczywiście. Każdy najdrobniejszy dźwięk, wydobywający się z nich, uspokajał i wyciszał.
Pokój Cas był czysty i raczej normalny. Pod oknem po lewej stronie stało łóżko, nad którym wisiały półki z książkami. Obok stała szafa i słupek, gdzie dziewczyna przechowywała ubrania. Naprzeciwko umiejscowiono biurko i kolejne książki, tym razem w szafce z półkami. Meble były jasnobrązowe, prawie żółte, łóżko zielone, ściany niebieskie, a dywan czerwony. Wbrew wątpliwościom wyglądało to całkiem przyzwoicie. Cassidy podeszłą do kufra i wyjęła z kieszeni listę rzeczy, które powinna wziąć. Sprawdziła zawartość przepastnej skrzyni i ubranie, przygotowane na następny dzień. Później poszła do łazienki, wykąpała się, umyła zęby oraz twarz i położyła się spać. W końcu usnęła.
*Wiem, że to dość tradycyjne, jeżeli chodzi o chłopaków, do których wzdycha główna bohaterka, ale mimo to nie zmienię obiektu czułych spojrzeń. Dlaczego? Bo ja po prostu uwielbiam tą postać.
komentarze [11]Ogłoszenie numer 2 >> poniedziałek, 13 sierpnia 2007 15:48:24
Drodzy moi czytelnicy!
Nie odchodzę. Jak widzicie, pojawił się już nowy szablon, zapowiadający mój wielki powrót. Niestety po przeczytaniu wcześniejszych notatek stwierdziłam, że czas zacząć pisać to od nowa. Myślałam o tym od dawna, ale dopiero niedawno postanowiłam, iż muszę to uciąć, zanim kompletnie się uduszę w mojej twórczości. Nie skasuję tego, co wcześniej napisałam. Pozostaną te same postacie, ta sama historia, może w trochę późniejszym czasie. Wrócę. Najpóźniej w październiku. Mam nadzieję, że będziecie czekać.
Pozdrawiam i do zobaczenia
Ewa
komentarze [7]13. Co było w liście i jakie były tego skutki. >> środa, 20 czerwca 2007 12:56:26
-
Drogi Hagridzie! Zwinęłaś ten list Hagridowi? Connie! A co będzie, jak on to zauważy?- zaczęła panikować Cas. Gdyby olbrzym to odkrył… Nie chciała nawet myśleć o tym, co mogłoby się wtedy stać.
-Spokojnie. Nie zauważy. Miał ten list spalić. Pewnie pomyśli, że już to zrobił.- stwierdziła bez emocji. Nie rozumiała niepokoju przyjaciółki. Wszystko już przemyślała. Widząc, że Cassidy dalej się wacha, dodała.- Przeczytaj tylko pierwsze zdanie, a dowiesz się, czemu to zabrałam.
-
Drogi Hagridzie! Uczniowie nie powinni wiedzieć o treści, jaką zawiera ten list, więc spal go od razu po przeczytaniu. W Hogwarcie na siódmym piętrze w zachodnim skrzydle są drzwi. Malutkie, zielone, stare. Na pewno je zauważysz. To, co jest za nimi pozostanie moją tajemnicą. Proszę Cię, żebyś ich nie otwierał. Na moim biurku znajdziesz eliksir i hasło, które wypowiesz, gdy wylejesz miksturę na klamkę. Nie zdziw się, jeżeli drzwi znikną. Zostaną ukryte. Słowa, które wypowiesz będą je otwierały. Mam nadzieję, że mogę Ci zaufać. Niedługo wracam. Pozdrawiam. Albus. P.s. Pamiętaj, Hagridzie, że lubię cukrowe pióra. Teraz Cię rozumiem. Sama też bym to ukradła. Ale o co chodzi z tym p.s.?- zapytała zdumiona. Connie zaczęła chodzić od ściany do ściany. Przygryzała przy tym dolną wargę, co było niewątpliwym sygnałem, że dziewczyna intensywnie rozmyśla.
-Może my wam pomożemy?- drzwi otworzyły się, ukazując w pełnej krasie ¾ Huncwotów. Obecnie uśmiechali się wyjątkowo szeroko.
-Podsłuchiwaliście?!- krzyknęła na nich Myren. Już otwierała usta, żeby strzelić im moralizującą mówkę, gdy wyprzedził ją James.
-I to nam mówi dziewczyna, która zwinęła komuś jego prywatny, osobisty list?- zakpił Potter, szczerząc się jeszcze bardziej. Owa ruda persona, o której tu mowa, wyglądała, jakby chciała go zabić.- Remus będzie niepocieszony. Szczerze mówiąc Ryża, ja też się tego po Tobie nie spodziewałem.
-Tylko. Nie. Ryża!- każdy wyraz wypowiadany był jako osobne zdanie o coraz głośniejszym tonie. Chłopcy zaśmiali się wrednie.- Wydawało mi się, że proponowaliście pomoc.
-Tak, ale mamy pewne warunki. Mianowicie wiemy o wszystkim.- wyjaśnił Syriusz. Dziewczyny zmierzyły go badawczym wzrokiem. W sumie zgodzić się mogą, ale co do spełnienia tego żądania może być różnie.
Oni nie muszą o tym wiedzieć.
-Ok. I my też mamy być o wszystkim, podkreślam wszystkim, powiadamiane. Jasne?- Cassie i Black podali sobie ręce, na przypieczętowanie tej małej umowy. Przyjaciółki spodziewały się, że chłopcy mogą być nie do końca z nimi szczerzy, ale mimo to zaryzykowały.- No to o co chodzi z tym p.s.?
-To hasło do gabinetu Dumbledora. Jeżeli chcemy wiedzieć więcej, musimy tam iść.- wyjaśnił Peter. Wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem. Nie spodziewali się, że ten chłopak potrafi mówić tak zdecydowanie. Najwyraźniej jemu także udzielił się dreszczyk przygody.
-No to do gabinetu, a później na siódme piętro.- zarządziła Connie i już miała wychodzić, gdy powstrzymał ją Syriusz. Odwróciła się w jego stronę poirytowana.
-Masz zamiar wejść tam ot, tak sobie? Wiszą tam portrety poprzednich dyrektorów. Jak cię zobaczą, to zaalarmują cały zamek.- wyjaśnił lekko podniesionym głosem. Wkurzała go bezmyślność dziewczyny. Widząc szczere zdumienie na twarzach obu dziewczyn ponownie uśmiechnął się szeroko.- Trafiłem tam za bójkę z Malfoy’em, to wiem. Jedyną metodą jest peleryna niewidka Jamesa.
Dziewczyny tylko spojrzały po sobie, lekko zdezorientowane, po czym ruszyły za chłopakami do pokoju wspólnego. Tam panowie na moment zniknęli w swym dormitorium, po czym wrócili z lekko wypchaną kieszenią Pottera. Wszyscy ruszyli ku korytarzowi, gdzie znajdował się gabinet dyrektora. Było już nieźle po jedenastej, więc musieli bardzo uważać. Nagle Cassie wyjrzała przez okno, po czym stwierdziła.
-Mamy kłopoty.- wszyscy rzucili się w stronę szyby. Przez błonia szedł Hagrid. Wyglądał na zadowolonego i wyraźnie kierował się ku zamkowi.
-Cholera. Robimy tak. Cassidy leci go zatrzymać. Powiesz, że się zgubiłaś i nie masz pojęcia, jak dojść do wieży. Peter idziesz do Pokoju Wspólnego i w razie czego wymyślasz coś dla McGodzilli.- zaledwie skończyła, a dwójki już nie było. Odwróciła się do chłopaków, po czym we trójkę zniknęli pod peleryną niewidką.
***
Cassie biegła, dopóki nie znalazła się na pierwszym piętrze. Usłyszała kroki i wyjrzała za róg. Hagrid szedł w jej stronę. Uspokoiła oddech i wyszła zza załamania korytarza.
-Cześć Hagrid!- powiedziała na jego widok. Musiała się bardzo postarać, żeby się nie roześmiać. Zazwyczaj słabo wychodziło jej granie bezbronnej, niewinnej istotki.- Przepraszam, ale kompletnie nie mam orientacji w terenie. Zgubiłam się. Mógłbyś mnie odprowadzić do wieży Gryffindoru?
-Jasne. Właśnie miałem lecieć do Poppy po jakieś zioła dla Kła. Bolą go dziąsła, bo kolejne zęby mu się wyżynają.- wyjaśnił olbrzym. Cas trzepnęła się otwartą dłonią w czoło. Tylko po to tu przyszedł. Ruszyli razem w stronę obrazu Grubej Damy.
***
Tymczasem James, Syriusz i Connie poruszali się powoli w stronę gabinetu Dumbledora. Prędkość, z jaką się poruszali, była spowodowana tym, że Myren za nic nie chciała iść za blisko kolegów.
-Ale gdyby zamiast nas był Remus, to byś nie miała żadnych trudności.- rzucił złośliwie Black. Dziewczyna zarumieniała się, ale w mroku nie było tego widać.
-Nie zaczyna się zdania od „ale”- upomniała go, po czym uśmiechnęła się ironicznie.- Ciekawe, co by było, gdyby zamiast mnie szła z wami Cas.
-Naprawdę, tak bardzo chcesz się o tym przekonać?- zapytał Syriusz, niebezpiecznie się zbliżając. Zanim Connie zdążyła cokolwiek zrobić, przyjaciela powstrzymał James.
-Uspokójcie się.- rzucił przez ramię, po czym spojrzał na dół, wyraźnie przerażony. Do nóg przymilała mu się bura kotka.
-Jaka miła.- szepnęła ruda, po czym pochyliła się, by pogłaskać kota.
-Connie, to kotka Filcha! Zapewne już go wezwała!- w tej samej chwili rozległy się kroki i krótkie sapnięcia. Chłopcy bez słowa pomogli wstać koleżance, po czym zarządzili odwrót. Niestety woźny zauważył wystającą stopę Pottera i ruszył za nimi w pogoń. Gnali ile sił w nogach, ale bardzo przeszkadzała im peleryna. Gdy zgubili już Filcha, postanowili odpocząć w jakiejś nieużywanej klasie.
-Jesteś pewna, kochaniutka, że nie weszli do któregoś pomieszczenia z tego korytarza?- serca podeszły im do gardeł. Teraz wszystko zależało od burej kotki. Usłyszeli cichy miauk.- No, skoro tak twierdzisz.
Człapanie oddaliło się, a trójka Gryfonów ruszyła dalej. Dotarli do gabinetu dyrektora, podali hasło i znaleźli się w okrągłym pokoju. Piętnaście minut później wracali już do Pokoju Wspólnego, gdzie czekali na nich Peter i Cassie.
-No i co?- zapytał blondyn. Nowo przybyli padli na kanapy.- Mamy je. Tylko Dumbledore mógł wymyślić coś takiego.- stwierdziła Connie. Nagle portret odchylił się i zobaczyli McGonagall we własnej osobie.
-Co wy tu jeszcze robicie? Natychmiast do łóżek. Żadnych rozmów. Marsz!- piątka Gryfonów powlekła się do swoich sypialni i od razu po przyłożeniu głów do poduszek, usnęła.
komentarze [5]12.Wizyta u Hagrida i bezczelnośc Connie Myren. >> piątek, 11 maja 2007 21:30:07
Następnego dnia Connie obudził mały, wredny promyk słońca. Świecił bezczelnie prosto w twarz dziewczyny, dopóki nie zmarszczyła lekko piegowatego noska i nie otworzyła szaro-niebieskich oczu, narażając je na falę jasności. Podobnie sytuacja miała się w Sali Skrzydła Szpitalnego. Tylko tam promień trafił na nos, który nigdy nie skalał się piegiem i oczka koloru brązowego. Pierwsza dziewczyna po prostu ziewnęła, spojrzała na zegarek, obróciła się plecami do okna i spała dalej. Natomiast druga przeciągnęła się i na początku nie miała zielonego pojęcia, gdzie się znajduje., ani jak się tam znalazła. Przypomniała sobie natychmiast, gdy tylko spojrzała na osobę, leżącą na łóżku, przy którym jeszcze chwilę temu spała. On nie powinien o tym wiedzieć. Cicho wyszła z pomieszczenia i skierowała się w stronę wieży Gryffindoru. Mimo tak niewygodnych warunków, wyspała się. Doszła do Pokoju Wspólnego i spotkała tam Remusa.
-Cześć. Co ty tutaj robisz?- zapytała. Nie chciała by ktokolwiek wiedział, że tak się przejmowała zdrowiem Blacka, by spędzić przy jego łóżku całą noc. Nie miała zwyczaju okazywać swoich uczuć do płci przeciwnej.
-Nie mogłem spać, więc spakowałem się i przyszedłem tutaj.- odpowiedział spokojnie. Rzeczywiście wyglądał, jakby miał za sobą nieprzespaną noc. Nie tylko jedną.- A ty co tutaj robisz?
-Ja? Wracam ze spaceru. Jakoś tak wcześnie dzisiaj wstałam.- zaczęła kłamać, ale widząc uniesione brwi chłopaka, postanowiła że zaryzykuje.- Ok. Wracam ze Skrzydła Szpitalnego. Przez przypadek usnęłam przy łóżku Blacka. Jeżeli mu powiesz cokolwiek na ten temat, to obiecuję, że będziesz miał u mnie przerąbane. Zrozumiałeś? A tak właściwie to po co się pakowałeś?
-Moja babcia źle się czuje.- odpowiedział, po czym wstał i poszedł w stronę dormitorium. Cassidy wzruszyła ramionami i pobiegła do swojej sypialni. Dopadła łóżka przyjaciółki i zaczęła po nim skakać.
-Connie! Connie! Wstawaj! Remus wyjeżdża!- krzyczała to przez kilka minut, dopóki do rudej nie doszedł ogólny zarys tych słów.
-Wiem. Wczoraj mi o tym mówił.- stwierdziła spokojnie. Tylko tyle zdążyła powiedzieć, bo chwilę później leżała na ziemi, przygnieciona poduszką Melanii.- Jasna cholera!
-Sorry. Celowałam w Cas, a rano u mnie z celem jest nienajlepiej.- przeprosiła szatynka. Chwilę później została zmieciona poduszką Evans.- Wojna!
***
Szarooki brunet wkroczył do dormitorium chłopców z roku pierwszego. Zastał tam swoich czterech kolegów, wpatrzonych w ścianę. Nie było w tym zresztą nic dziwnego, gdyż z sypialni ich koleżanek z roku dochodziły bardzo dziwne dźwięki. Należały do nich: chichoty, wrzaski, odgłosy prucia się materiału, a po chwili donośny huk i zbiorowe ups…
-Dobra. Idę zobaczyć, co się tam dzieje.- stwierdził Syriusz, gdy tylko udało mu się wyjść z szoku. Skierował się do drzwi, a reszta kolegów ruszyła za nim. Zeszli do Pokoju Wspólnego, gdzie wszyscy przebywający tam Gryfoni wpatrywali się w dziewczęce dormitoria. Chłopcy weszli na schody. W tej samej chwili drzwi na górze otworzyły się i wybiegły stamtąd cztery dziewczyny: Lily, Cassie, Melania i Connie. Ta ostatnia goniła trzy pozostałe, krzycząc coś o morderstwie. Wszystkie miały pióra we włosach. Nagle schody zrobiły się kompletnie płaskie i cała dziewiątka młodych lwów znalazła się na dole. Pozostali Gryfoni zaczęli się śmiać, a stopnie powróciły do pierwotnej formy.
-Au, Black, ile ty ważysz? Radziłabym ci wyjąć łokieć z ust Jamesa, bo się zaraz udusi.- dał się słyszeć głos Cassidy, po czym brunetka pojawiła się w całej okazałości, zrzucając z siebie Syriusza. Czarnowłosa pomogła wstać pozostałym dziewczynom i w zwartej grupie wróciły do dormitorium, by w spokoju doprowadzić się do stanu używalności.
Po śniadaniu Cassidy i Connie stwierdziły, że dawno nie widziały Hagrida, więc należałoby go odwiedzić.
-No, nareszcie.- powitał je ciepło, trzymając w ramionach czarnego szczeniaka.
- To Connie Myren.- przedstawiła koleżankę Cassie. Weszły do chatki, gdzie olbrzym nastawiał wodę na herbatę. Brunetka zaczęła opowiadać o minionym tygodniu, a Con zniknęła pod stołem, bawiąc się z psem.
-Jak się wabi?- zapytała ruda, na chwilę przerywając zabawę. Szczeniaczek zaczął gryźć ją po rękach, domagając się pieszczot.
-Kieł.- odpowiedział Hagrid, po czym nagle o czymś sobie przypomniał.- Widziałem was wczoraj na błoniach. Tak Se idę i patrzę, a wy Se tu chłopaków na spacerze podrywacie. Ładnie to tak?
-My? My i podryw? Hagridzie, my mamy dopiero jedenaście lat. Zresztą ja miałabym podrywać Syriusza Blacka? Chyba żartujesz.- oburzyła się Cassidy. Olbrzym zaczął się z nią przekomarzać, a Connie rozejrzała się po pokoju. Podeszła do kominka, w którym płonął ogień i stanęła, zdziwiona tym, co zobaczyła w koszyku obok. Leżały tam papiery, którymi Hagrid rozpalał. Na samym wierzchu leżał list. Gdy tylko Connie dojrzał pierwsze zdanie, rozejrzała się i zobaczywszy, że nikt nie zwraca na nią uwagi, schowała pergamin do kieszeni.
Wróciły do zamku dopiero na kolację. Niestety tam było zbyt tłoczno, więc Connie postanowiła poczekać. Po posiłku pociągnęła Cas za rękę i nie zważając na protesty, zaprowadziła ją na drugie piętro. Tam wprowadziła przyjaciółkę do nieczynnej łazienki. Nie było możliwości, że ktokolwiek je tam znajdzie, gdyż urzędowała tam Jęcząca Marta. Ruda poznała ją, gdy kilka dni temu poszła na nocny spacerek. Musiała gdzieś ukryć się przed Filchem, a że jej wybór padł akurat na te drzwi…
-O co chodzi?- zapytała brunetka. Przyjaciółka rzuciła jej jakiś kawałek pergaminu.
-Czytaj na głos.
C.D.N. w najbliższym czasie, już po pierwszych urodzinach tego bloga, gdyż akurat tego dnia mnie nie będzie. Dziękuję za uwagę. Miłego dnia moich i jednocześnie tego bloga urodzin oraz Dnia Dziecka.
Buziaki oddana etc. Ewa
komentarze [8] >> czwartek, 29 marca 2007 20:35:31
Przepraszam, ale nie mogłam pisać. Wbrew wątpliwościom miałam naprawdę poważne powody.
1) 16.03 zmarł mój ojciec,
2)miałam rękę w gipsie,
3)moja przyjaciółka ma początki anoreksji.
Mam nadzieję, że notatka was tak bardzo nie zawiedzie. Poza tym postanawiam od następnej notatki pisać jako osoba trzecia wszystkowiedząca. Chcę was o tym zawiadomić, żeby później nie było zdziwienia. Notatka dedykowana lunatyczce 2007,za to że jej opowiadanie intryguje mnie na tyle, że potrafię zapomnieć o kłopotach.
06.IX.1970 r.
Od samego rana wraz z Syriuszem i Jamesem dopracowywaliśmy nasz plan. Z tej okazji nauczyciel od OPCM-u wywalił nas za drzwi. Podobno przeszkadzaliśmy mu w prowadzeniu lekcji i nie zwracaliśmy uwagi na jego prośby. Nie wiem, czy to prawda, bo akurat tłumaczyłam Blackowi, że nie umówię się z nim po tym, jak zmusimy do zgody Remusa i Connie. Planowaliśmy to od wczoraj. Miałam udawać, że umówiłam się z Syriuszem i przyprowadzić Connie. On miał za zadanie pojawić się tam z Remusem. Później wyślemy ich na spacer i wszystko skończy się happy endem. Najtrudniej będzie nam namówić ich do towarzyszenia nam na „randce”. Uświadomiłam to chłopakom, ale oni stwierdzili, że na pewno sobie poradzę. Naiwni.
Na eliksirach Connie radziła sobie doskonale. Nauczycielka nie mogła się do niczego doczepić. Za to u mnie. No cóż. Tu był mały problem. Mój eliksir nie był ani złoty, ani leisty.
-Co to ma być?- zapytała nauczycielka, stojąc koło mojego kociołka. Wskazywała na białą breję z czymś na kształt jakby płatków. Skojarzenie miałam tylko jedno.
-Owsianka.- stwierdziłam. Z opresji wyrwał mnie dzwonek., który zadzwonił kilka sekund później. To wyrwało sorkę otumanienia. Kazała mi zostać w klasie. Tym razem skończyło się na odjęciu 10 pkt. i upomnieniu. Przed lochem czekała na mnie Connie. W obecnej chwili rozmawiała z Severusem. Poczekałam aż skończą, po czym ruszyłam w jej kierunku.
Na historii magii wszyscy prócz mnie i Remusa spali na swoich ławkach. W czasie tych 45 minut nie dość, że sporządziłam notatki z caluteńkiej lekcji, to jeszcze dodatkowo wyłożyłam cały plan dzisiejszej akcji Lupinowi. Nie był zbyt zadowolony z tego, co wymyśliliśmy, ale nie miał nic innego na poczekaniu.
Na obiedzie postanowiłam zacząć namawiać Connie, by towarzyszyła mi w „randce” z Blackiem. Zgodziła się po 10 minutach. Później poszłyśmy do PW, gdzie Myren uczyła mnie gry w szachy.
-Ale ty wiesz, że ja mam dzisiaj o 19.00 szlaban z Malfoyem, a potem z wami u McGonnagal?- zapytała nagle. Spojrzałam na nią, po czym klepnęłam się w czoło. Zapomniałam jej powiedzieć.
-Drugiego szlabanu nie masz.-stwierdziłam. Wytłumaczyłam jej, że sorka ma jakieś spotkanie, więc odwołała dodatkowe „zajęcia”.
O 18.00 ruszyłyśmy raźnie w stronę ZL. Bałam się co prawda reakcji Connie na tak nieoczekiwane spotkanie, ale nie poszło tak źle. Gdy tylko dostrzegła Remusa, ruszyła z powrotem w stronę zamku. Złapałam ją za ramię i szepnęłam „Obiecałaś, zapomniałaś?”. Ona z ciężkim westchnieniem poszła za mną. W końcu doszłyśmy.
-Cześć.- przywitał się z nami Syriusz. Lupin tylko cos mruknął.- Skoro oboje przyprowadziliśmy kogoś dodatkowego, to wy może przejdźcie się dookoła jeziora, a my pójdziemy brzegiem lasu. Do zobaczenia i bądźcie grzeczni.
Wyszczerzył w ich stronę wszystkie zęby, po czym pociągnął mnie za rękę. Zniknęliśmy zanim któreś zdążyło zaprotestować. Szliśmy sobie , spokojnie rozmawiając, gdy nagle zza zakrętu wyłoniła się para Ślizgonów. O rok od nas starsi. Bella Black i Rudolf Lestrange. Na nasz widok chłopak wyjął różdżkę. Syriusz też. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zaczęli się pojedynkować. Próbowałam im przerwać, ale Bellatrix odciągnęła mnie na bok mówiąc „Daj im się wyszaleć”. Wytrzymałam tak 15 minut. Później strzeliłam w każdego oszołamiaczem. Razem z drugą dziewczyną, która okazała się całkiem miła, odtransportowałyśmy chłopaków do SS. Lestrange’a wypuścili od razu, ale Syriusz musiał zostać tu na noc. Nie dało mu się usunąć czułków. Dostał jakiś eliksir, po którym zasnął. Mnie samej zaczęły kleić się oczy i nawet nie zauważyłam, jak wpadłam w ramiona Morfeusza.
komentarze [2]Dziwne spiskowanie i korepetycje >> poniedziałek, 5 lutego 2007 18:18:45
Szczerze mówiąc, to twierdzę, iż ta notatka jest najgorsza z tychwszystkich które dotychczas napisałam. Poza tym w poprzednich notatkach popełniłam kilka błędów:
1) Connie Myren nie jest blondynką. Jest ruda, choc nie tak jak Lily.
2)Cassidy ma mamę czarodziejkę, a ojca mugola. Nie jest kompletnym mugolakiem, chociaż jej matka ucieka od dziesięciu lat przed czarnoksiężnikami i ani ojciec, ani ona nie wiedzieli nic o czarach. Wszyscy myślą, że mama dziewczyny nie żyje.
3)nie wiem w końcu kogo mam informowac o nociach. Piszcie mi o tym w komentarzach.
05 wrzesień 1980 r.
Obudziłam się w o wiele lepszym humorze niż wczoraj. Wyżalenie się przyjaciółce najwyraźniej pomogło. Spojrzałam na zegarek stojący na szafce nocnej. O kurczę! Od piętnastu minut trwała transmutacja. Zerwałam się z łóżka, porwałam ubrania i poleciałam do łazienki. Chwilę później biegłam już po korytarzach zamku. Zza rogu wyskoczył Severus Snape. Mieliśmy pierwszą lekcję razem, więc do klasy wpadliśmy razem.
-Przepraszam za spóźnienie!- krzyknęliśmy jednocześnie. Nauczycielka patrzyła wzrokiem zdumionego bazyliszka, jak siadamy i wyjmujemy rzeczy. Z osłupienia wyrwał ją narastający szum w klasie. Wszyscy insynuowali, czemu znalazłam się w klasie razem ze Snapem i to w dodatku po dzwonku. Na eliksirach domysły i złośliwe komentarze nie ustawały, więc rzuciłam w Malfoya skarabeuszem. Tak się biedny wystraszył, że spadł z krzesła. Zaczęliśmy się śmiać, a sorka odjęła nam 10 punktów. Przez resztę lekcji zajmowaliśmy się tworzeniem eliksiru usypiającego. Ponad kociołkami przyglądaliśmy się nauczycielce, wyobrażając sobie najgorsze rzeczy, jakie mogłyby jej się przytrafić. No cóż, przynajmniej ja i Cassidy tak robiłyśmy.
W czasie drogi na zielarstwo zatopiłam się w myślach. Po pewnym czasie zauważyłam, że idziemy tylko we czwórkę. To znaczy: ja, Lily, Peter i Remus. Spojrzałam do tyłu. Cassidy, James i Syriusz stanęli kilka metrów za nami i omawiali coś szeptem.
-Wybij to sobie z głowy!- doszedł mnie głos przyjaciółki. Tłumaczyła coś Blackowi, machając przy tym rękoma. Podniosłam brwi. Nagle Potter zauważył, że przyglądam się im, więc wyszczerzył zęby, jednocześnie starając się uciszyć pozostałą dwójkę. Cała trójka posłała mi uśmiechy, po czym już w komplecie dotarliśmy do szklarni.
Siedziałam właśnie na obiedzie czytając książkę od OPCM-u, gdy ktoś zawołał mnie po imieniu. Spojrzałam nieprzytomnie po stole. Cassidy westchnęła, po czym wskazała na siedzącego przede mną ptaka.
-O- zdziwiłam się inteligentnie. Przyjaciółka trzepnęła się w czoło. Chwilę później zaglądała przez moje ramię, by przeczytać treść listu.
Czekaj na mnie po obiedzie przy lochu, gdzie zazwyczaj
mamy lekcje. Weź wszystko, co nosisz na eliksiry.
Severus Snape
Spojrzałam na stół Ślizgonów, znalazłam nadawcę listu i kiwnęłam głową. Huncwoci podążyli za moim wzrokiem. Chcąc uniknąć głupiej dyskusji, chwyciłam torbę i wybiegłam z WS. Skierowałam się w stronę lochów. Im głębiej schodziłam, tym bardziej czułam się niepewnie. Z każdym krokiem było zimniej, ciemniej, bardziej ponuro i ciszej. Na Snape’a czekałam kilka minut. Gdy przyszedł, powtórzyliśmy materiał z ostatnich lekcji i zrobiliśmy eliksir, który omówimy dopiero na następnych zajęciach. Dostałam też parę wskazówek. Nasze korepetycje trwały dwie godziny. Później pożegnałam się z Severusem i poszłam do PW. Tam wraz z Cassidy i Huncwotami odrobiłam lekcje. O dwudziestej mieliśmy szlaban, a punkt dwunasta wylądowaliśmy na astronomii.
komentarze [5]Dzień pełen zaskoczenia. >> czwartek, 14 grudnia 2006 22:27:17
04.IX.1980 r.
Rano obudziły mnie promienie słoneczne świecące prosto w moją twarz. Gdy wczoraj wróciłam z Lilką do dormitorium Connie już spała, więc nie miałam szansy opowiedzieć jej o rozmowie z Rudą. Podeszłam do jej łóżka, by ją obudzić. Pierwszym niepokojącym faktem było to, iż leżała na kołdrze w butach i ciuchach. Kiedy spojrzałam na jej twarz, okazało się, że ma czerwone obwódki oczu, jakby płakała. Po kilkunastu minutach udało mi się ją dobudzić. Od razu zauważyłam, że jest nie w sosie. Co się mogło wczoraj wydarzyć, kiedy pobiegłam za Evans? Samodzielnie raczej nie odpowiem na to pytanie.
-Hej- zaczęłam, patrząc na zmęczoną twarz Connie.- Stało się coś?
-Nie. Nic poważnego.- kłamała. Jej oczy miały wyraz a la zbity szczeniak. Nie zamierzam wyciągać z niej wyznań. Prędzej czy później sama mi powie.- Co z Lilly?
-Była strasznie wkurzona.- gładko przystałam na zmianę tematu.- Uspokoiłam ją jakoś, ale dalej tkwi w przekonaniu, że James to tępy, zakochany w sobie kretyn.
- Szczerze mówiąc, to po wczorajszym wieczorze zgadzam się z nią.- rzekła, po czym zaczęła szperać w swoim kufrze, w celu znalezienia ubrań.- Zaczekaj tu na mnie pięć minut.
-Oki.
Piętnaście minut później byłyśmy w WS (Wielkiej Sali). Usiadłyśmy na swoich stałych miejscach. Spojrzałam po naszym stole. James i Syriusz dyskutowali o czymś zawzięcie. Wolałam nie wiedzieć o co chodzi. Peter wsuwał wszystko, co znalazło się pod jego ręką i było jadalne. Lily rozmawiała z Melanią, dziewczyną z naszego dormitorium. Remus rzucał ukradkowe spojrzenia w stronę Connie, która ignorowała to zupełnie, patrząc z uporem w swój talerz. Przynajmniej wiem kogo dotyczy zły humor Myren. Chwilę później Huncwoci wyszli z WS, nie czekając na nas.
-Dlaczego poszli sami?- zapytałam zdumiona.
-Są na mnie obrażeni.- stwierdziła tylko krótko Cas, po czym ruszyłyśmy pod salę od transmutacji. Na lekcjach chłopcy usiedli zupełnie gdzie indziej, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Jak tak im lepiej.
Na przerwie Connie szła koło mnie, po czym po prostu się rozpłynęła. Odwróciłam tylko głowę, a ona zniknęła. Pewnie porwał ją tłum uczniów albo czegoś zapomniała. Obrona przed czarną magią już się rozpoczęła, a jej dalej nie było. Dostałam jakąś kulką papieru w głowę. Podniosłam ją i odczytałam:
GDZIE CONNIE? STAŁO JEJ SIĘ COŚ?
HUNCWOCI
Spojrzałam w stronę chłopaków, którzy wpatrywali się we mnie czekając na odpowiedź. Wzruszyłam ramionami, pokazując że nie mam pojęcia. Wszyscy odwróciliśmy głowy w stronę Remusa, który siedział z oczami w książce.
-Panie Profesorze!- podniosłam rękę.- Connie jeszcze nie przyszła, a źle się czuła. Mogę jej poszukać?
-Oczywiście, Zollen.
Wstałam i wyszłam. Postanowiłam najpierw sprawdzić damskie toalety. Znalazłam ją na piątym piętrze. Siedziała we wnęce okna, patrząc na błonia.
-Connie?- zaczęłam delikatnie. Odwróciła w moją stronę twarz. Na szczęście nie płakała. Usiadłam koło niej, a ona opowiedziała mi co się zdarzyło wczoraj. Wróciłyśmy do klasy, gdzie profesor omawiał boginy. Nauczyciel posłał w stronę blondynki krzepiący uśmiech, a ona odpowiedziała tym samym. Najwyraźniej wyrzucenie tego wszystkiego z siebie poprawiło jej humor.
-Connie.- na przerwie podszedł do nas Remus.- Mogę cię na chwilę prosić?
-Nie.- odpowiedziała stanowczo nawet nie patrząc w stronę chłopaka.
-Chciałem cię przeprosić za wczoraj.- Lupin nie poddawał się tak łatwo. Brawa za wytrwałość. Zobaczymy tylko co z tego wyjdzie.
-Acha.- no cóż. Przyjęła to do wiadomości. Postaliśmy kilka minut w kompletnej ciszy, po czym męska część wymamrotała coś pod nosem i odeszła do stojących niedaleko kolegów, przyglądających się całej scenie z zainteresowaniem.
Po lekcji eliksirów podszedł do mnie i Connie chłopak, którego zaatakowali wczoraj Huncwoci. Wiedziałam o nim tylko pięć rzeczy:
-imię: Severus,
-nazwisko: Snape,
-przezwisko: Smarkerus (Smark),
-rok nauki: pierwszy,
-dom: Slytherin.
-Chciałem ci podziękować za wczorajszą pomoc.- powiedział, po czym zaciął usta tak, jakby wyjątkowo brzydko przeklął. Już chciał odejść, gdy Connie go zatrzymała.
-Nie ma za co. Nieźle sobie radzisz na eliksirach.- nie mogę uwierzyć! Myren Connie komplementuje jakiegokolwiek Ślizgona! Huncwotów chyba też to zdziwiło, bo stanęli niedaleko nasłuchując.
- Dzięki.- Severus Snape się uśmiechnął! Dzisiaj już nic mnie nie zdziwi. Naprawdę.- Sporo ćwiczę. Zresztą moja mama, jak byłem mały, pozwalała mi patrzeć, jak waży eliksiry. Dużo się od niej nauczyłem. Jak chcesz, mogę ci pomóc w nauce.
-Naprawdę? Mógłbyś?- jeszcze trochę, a Con zapomni o tym co się stało wczoraj. Chłopcy chyba pomału wybudzali się z szoku, bo Black podszedł bliżej.
-Nie, nie mógłby, a nawet jakby mógł to ty nie możesz.- wypowiedział się Syriusz. Ha! Powtórzenie wielokrotne Syrek! W naszej starej, mugolskiej szkole dostałbyś pałkę za odpowiedź.
-Oh, zamknij się Black.- rzucił w jego stronę Severus, po czym zwrócił się z powrotem do mojej przyjaciółki.- To kiedy chcesz się spotkać?
Błysnęło, świsnęło i przyszły korepetytor leżał na podłodze. Serek stał nad nim z wyciągniętą różdżką.
-Po pierwsze: mnie się nie ignoruję. Po drugie: mówiłem ci już, że ani ona nie może, ani ty.- jak słodko. Jeszcze trochę, a będę zazdrosna. Ciekawe, czy Syriusz tak się martwi o Connie, czy tylko szuka okazji do bójki.
-Nie jesteś moim ojcem Black. Ani chłopakiem, przyjacielem, krewnym. Nikim bliskim. Nie masz prawa mówić mi co mam robić, a co nie.- podczas tej krótkiej przemowy do ludu Snape zdążył się podnieść. Wyjął magiczny patyk, po czym James coś szepnął. Odwróciłam się. W naszą stronę leciał promień światła. Niestety stałam na jego drodze. Poczułam ból w klatce piersiowej i otoczyła mnie ciemność.
Obudziły mnie krzyki Connie przerywane czyimiś męskimi głosami. Rozpoznałam w nich Huncwotów.
-Do cholery! Wynoście się stąd!- moja przyjaciółka starała się nie krzyczeć, choć przychodziło jej to z trudem. Otworzyłam oczy. Po białym wystroju, widocznym mimo półmroku, poznałam Skrzydło Szpitalne (SS). W jasnym prostokącie drzwi stało pięć osób.
-Nie drzyj się na nas, Myren!- Jamesa chyba wkurzył podniesiony ton „szeptu” Connie.
-A ty to już w ogóle nie powinieneś się odzywać! Tylko kretyn nie umie wykonać zaklęcia bez dodatkowych ofiar!- zobaczyłam jeszcze jak przyjaciółka wypchnęła chłopaków i drzwi się zamknęły. Zapadła ciemność. Usłyszałam jak dziewczyna podeszła do mojego łóżka, mamrocząc kilka nieprzyzwoitych wyrażeń.
-Obudziłaś się!- powiedziała, po czym wsiąknęła w mrok. Po chwili zobaczyłam idące w moim kierunku światełko. Płonęło ono na końcu świecy, którą trzymała młoda kobieta. Po piętach deptała jej Connie.
-Zbadam cię i jeżeli wszystko będzie dobrze, to może będziesz mogła wrócić do Pokoju Wspólnego (PW).- wyjaśniła pielęgniarka. Po pół godzinnym badaniu, prośbach moich i Myren, piguła wypuściła mnie. Juhu. Gdy poszłyśmy do PW, zaczęłyśmy odrabiać lekcje.
O ósmej poszłyśmy na szlaban. Jak zwykle miło było. Wszyscy milczeliśmy, rozmawiając w podgrupach. Ja, Connie i Lily obgadywałyśmy chłopaków. Świetnie się przy tym bawiłyśmy. Kiedy wracaliśmy, Syriusz i James poprosili mnie i Ruda na rozmowę. Black przeprosił za swoje zachowanie, a Potter za zaklęcie i wczorajsze wydarzenie. Ja pogodziłam się z chłopakami, a Evans stwierdziła, że mają się od niej odwalić. Bardziej i mniej zgodnie powróciliśmy do swoich dormitoriów, gdzie poszliśmy do łóżek.
komentarze [4]Wyjec i stowarzyszenie "JESTEM PRZYSZŁYM ŚMIERCIOŻERCĄ" >> wtorek, 17 października 2006 21:39:31
03 września 1980 r.
Z samiusieńkiego rana zostałam brutalnie obudzona przez Cassidy ,która użyła do tej operacji dzbanka pełnego lodowatej wody. Po ogromie przekleństw płynących z moich ślicznych, małych, kształtnych, różowych itd. usteczek poleciałam do łazienki, żeby zdążyć na śniadanko. Gdy tylko usiadłyśmy przy stole nadleciała poczta .Nadleciała, bo jakby ktoś zapomniał to w świecie czarodziejów listonosze mają skrzydła i nazywają się sowami. Ja nie oczekiwałam żadnego listu, ale siedzący naprzeciwko mnie James wpatrywał się ze strachem w ślicznego, brązowego ptaka, który niósł dymiącą się kopertę. Wymieniłam z przerażonym Potterem spojrzenia. Oboje wiedzieliśmy co to jest. Wyjec.
-Zasłońcie uszy!- krzyknęłam na całą salę. Wszyscy, o dziwo zrobili co im kazałam. Nawet Ślizgoni. Niestety nie uchroniło nas to przed falą dźwięku głosu pani Potter.
-…JAK MOGŁEŚ TAK OD RAZU PIERWSZEGO DNIA!- ten krzyk obijał się po mojej czaszce. Dobrze by było gdyby wyjec był krótki, ale mama Jamesa najwyraźniej nie dbała o nasz słuch. Coś czułam, że nie będzie to jedyny taki występ rodzica w naszej karierze. Tylko patrzeć jak zaczną przylatywać sowy moich, Blacka czy Petera rodziców. Lilly i Cass miały to szczęście, że ich rodzice nie umieli wysyłać wyjców.- …JESTEŚ OKROPNY.CHCESZ PRZYNIEŚC WSTYD RODZINIE? TWOJE ZACHOWANIE JEST HANIEBNE, POWTARZAM HANIEBNE.
Koperta wypadła z ręki chłopaka i spaliła się w drodze na podłogę. James wstał i wyszedł z Wielkiej Sali. Chłopaki, Lilly i Cass za nim. Ja zostałam i zapakowałam dla wszystkich tosty. Przez ten bałagan nic nie zjedli, a przecież nie mogli mi wszyscy pomdleć na zajęciach. Dlaczego ja zawsze muszę myśleć za nich? Tak jak się spodziewałam, znalazłam ich pod salą od eliksirów. Otoczyli kręgiem Jamesa i próbowali go pocieszyć. Wręczyłam wszystkim jedzenie i poprosiłam Pottera na bok. Remus spoglądał na nas z … nie wiem jak w sumie określić ten dziwny błysk w jego oku… możliwe że to była mieszanina zazdrości i smutku, ale głowy nie dam sobie uciąć.
-James, posłuchaj.- zaczęłam łagodnym tonem. U mugoli zrobiłabym furorę jako psycholożka czy jak tam Lilly mówiła.- Jeżeli przestaniesz się tym zamartwiać, to obiecuję pomóc ci przy Lilce.
-Naprawdę?- chłopak spojrzał na mnie z niedowierzaniem. Chyba widać było, że nie żartuję, bo Jim podskoczył i przytulił mnie. Podświadomie wiedziałam, że tylko na to da się złapać. Próbował poderwać rudą już trzeci dzień i nie wychodziło mu to. Moja pomoc mogła tu być skuteczna. Kiedy Potter trzymał mnie w ramionach, miażdżąc mi przy okazji żebra, na schodach pojawił się Malfoy.
-O, nasza siódemka wspaniałych.- nienawidzę tego jego przedłużania sylab. Powinien zapisać się do jakiegoś specjalisty od mowy.- Potter, czyżbyś tulił żal po liście od mamusi w ramionach tej dziwki, Myren? To teraz nie ta szlama, Evans? Szybko je zmieniasz. No, chyba że już przeleciałeś jedną i szykujesz się do drugiej.
Wszyscy wyciągnęliśmy różdżki. Nawet Cassie, która dalej czytała podręcznik do eliksirów. To właśnie ona machnęła magicznym patykiem mrucząc „Silencio” . Malfoy natychmiast umilkł i zaczął poruszać ustami niczym rybka wyjęta z wody. Zrozumiałam jakiego zaklęcia użyła Cassidy i spojrzałam na nią ze zdumieniem. To był poziom klasy o ile się nie mylę piątej. Nasz blondynek nie zdążył nawet wyciągnąć różdżki, bo właśnie po schodach szła Trouson. Jak się nazywa dowiedziałam się od starszych uczniów. Weszła do klasy, a za nią potulnie podreptała reszta klasy. Nauczycielka była wysoką kobietą o czarnych długich włosach i zimno niebieskich oczach. Roztaczała koło siebie aurę zła i nienawiści. Nie lubiłam jej od pierwszego spojrzenia. Patrząc po twarzach pozostałych Gryfonów zauważyłam, że oni także nie pałają do niej sympatią. Weszliśmy do lochu. Po krótkiej przemowie chodząca wredność kazała nam przygotować jakiś cholernie trudny eliksir. Szło mi okropnie. Reszcie także , nie licząc Lilly, która radziła sobie doskonale. Sorka przechodząc koło jej kociołka nic nie powiedziała, ale przy mnie zatrzymała się na dłużej. Jak zwykle miałam pecha.
-Myren, czy ty nie potrafisz wykonać najprostszych poleceń?- zapytała patrząc na mnie jakbym była łajnem nietoperza.- Potrafisz zrobić chociażby filiżankę herbaty? Jesteś kompletnym beztalenciem…
-W przeciwieństwie do takich bezmózgów jak pani, potrafię zrobić herbatę- przerwałam jej bezczelnie. Wszyscy spojrzeli na mnie. Część ze strachem, inni ze zdziwieniem, a James i Syriusz z dumą i zadowoleniem. A co! Nie będzie mi suka pluć w twarz i obrażać moje umiejętności.
-Szlaban.- też mi nowina. Jakbym nie wiedziała, że za takie coś mi się oberwie. Teraz czekałam jedynie na termin.- W piątek. O 22.
-Straszne.- wysyczałam jej prosto w twarz. Ona tylko pokazała mi drzwi i kazała zejść jej z oczu do końca tego dnia. Spakowałam się, pomachałam wesoło przyjaciołom i wyszłam. Postanowiłam poczekać na resztę przed salą od historii magii.
Gdy tylko zabrzmiał dzwonek na przerwę drugośniadaniową podeszłam do Remusika i zaproponowałam spacer po błoniach. Przez te trzy lekcje patrzył na mnie wzrokiem tak smutnym, że musiałam po prostu to zrobić. Kiedy szliśmy wzdłuż linii granicznej Hogwartu z Zakazanym Lasem., tłumaczyłam Remiemu po co poprosiłam Pottera na stronę. Nagle zza drzew wyszedł Malfoy. Jakby nie dość było mi oglądania tej szczurzej mordy raz dziennie.
-O, Lupin i nowa dziwka Pottera.- nie no ja mu za moment przypierdolę. Coś czułam, że nie ja jedyna o tym myślę. Wyjęłam różdżkę. Lucjusz zrobił to samo.- Co, mała, chcesz się zabawić w czary mary?
-Zamknij ryj Lucuś.- stwierdziłam spokojnie, choć w środku cała wrzałam.-Twoja pierdolnięta morda nie może tego zrobić? A może twoja kretyńska mamusia o wyglądzie trolla cię tego nie nauczyła?
-Nie obrażaj mojej matki.- wycedził Malfoy przez zaciśnięte szczęki. Co to jakiś szczękościsk? Mimo wszystko czułam, że miło będzie jeszcze trochę go wkurzyć.
-Ja jej nie obrażam, ja tylko stwierdzam fakty.-stwierdziłam fakt. Remus przez całą „rozmowę” stał obok i przypatrywał się. Po jego twarzy rozpoznawałam, że wkurzanie Malfoya jego też cieszy. Ręka Lupina spoczywała w kieszeni i mogę się założyć, że trzymał tam różdżkę.
-Crucio.- Lucek rzucił zaklęcie tak swobodnie, że nawet nie spodziewałam się ataku. Remus zakrył mnie własnym ciałem. Patrzyłam z przerażeniem, jak zaklęcie uderza w Lupina. Chłopak zaczął krzyczeć z bólu. Malfoy przerwał zaklęcie i rzucił się do ucieczki. Padłam na kolana koło ciała Remusika. Był nieprzytomny, ale puls bił stale. Z oddechem i sercem było to samo. Rozejrzałam się w poszukiwaniu pomocy. Ku nam szła Lilka. Chyba zauważyła, że coś jest nie tak, bo po chwili już była obok. Razem zaniosłyśmy Remiego do Skrzydła Szpitalnego. Jak tylko tam doszliśmy, Pomfrey wygoniła mnie i Lilly mówiąc, że musi zbadać chorego w spokoju. A co ja jej ten spokój zakłócam?! Gdy szłyśmy na transmutację przypomniało mi się co obiecałam Jamesowi.
-Lilluniu moja najmilsza, najdroższa i najukochańsza.- zaczęłam. Ha, nawet do Remusika tak nie mówię, mimo że tak cholernie mi się podoba. Ale o tym to nawet Cass nie wie. Nie lubię mówić głośno o moich uczuciach.-Mogłabyś coś dla mnie zrobić?
-Co chcesz?- zapytała Ruda. No od razu tak bezpośrednio? No cóż, jak tak woli.
-Mogłabyś dać Potterowi jeszcze jedną szansę?- teraz wpatrywałam się w twarz Evans oczekując odpowiedzi. Matko, żeby się zgodziła, żeby się zgodziła, żeby…
-Ok.- powiedziała. Tak po prostu? No cóż, spodziewam się, że to nie koniec.- Pod jednym warunkiem. Musi trochę spoważnieć. Widzisz nie mogę mieć chłopaka, któremu ciągle żarty w głowie. Rozumiesz?
Pokiwałam głową. Rozumiałam aż za bardzo. Może to właśnie dlatego podoba mi się spokojny, zrównoważony chłopak.
Po wszystkich lekcjach usiadłyśmy z Cass w Pokoju Wspólnym odrabiając lekcje i gadając o dzisiejszym dniu. Podobało jej się to, że tak postawiłam się sorce od eliksirów. Jednocześnie ostrzegła mnie, że będę miała u tej @#$% przerąbane. Ale w razie czego chętnie mi pomoże zatruć życie tej facetce. Jak miło jest móc liczyć na przyjaciół.
-Connie. Idziemy do dormitorium.- powiedziała Cassidy, nagle wstając. Podążyłam za jej wzrokiem i ujrzałam Blacka wpatrującego się w nią jak w obrazek. Szczerze mówiąc mnie też by to wkurzyło. Ruszyłyśmy razem w kierunku schodów. Syriusz podążył za nami. Byłyśmy jednak przed nim parę dobrych kroków. Byłyśmy już w połowie stopni, gdy on na nie dopiero wszedł. Wtedy stało się coś dziwnego. Zamiast drewnianych desek ustawionych do siebie pod kątem 90 stopni, stałyśmy na ślizgawce. W ciągu ułamku sekundy poleciałyśmy na dół. Zollen upadła na Syrka, a ja obok nich. Jakiś przystojny trzecioklasista pomógł mi wstać i zaczął coś gadać, chyba się przedstawiał. Ja go nie słuchała. Wolałam zająć się ukochaną dwójką.
-Ty głupku, złaź ze mnie!
-To ty na mnie leżysz.
-Ale ty trzymasz swoją łapę na moim tyłku, więc nie mogę zleźć!
-Jakoś mi to nie przeszkadza.
-Idę do Remusa.- zdążyłam wtrącić i już mnie nie było. Szłam sobie powolutku do Skrzydła Szpitalnego. O ile powolutku można nazwać szaleńczy bieg. Musiałam wiedzieć co z nim. Natychmiast. Wleciałam do naszego szpitala. Wyglądał na zdrowego. Opierał się na kilku poduszkach i czytał jakąś książkę. Na mój widok rozpromienił się, a książka automatycznie wylądowała na szafeczce. Nie mogąc powstrzymać emocji podbiegłam do niego i przytuliłam go mocno. O Boże. Co ja zrobiłam, co on sobie o mnie pomyśli? W tej chwili musiałam się zachować jak któraś z fanek Pottera bądź Blacka. Zaczerwieniłam się i opuściłam SS w trybie natychmiastowym. Lupin coś jeszcze za mną krzyczał, ale ja nie zważałam na to. Biegłam ile miałam tchu w piersiach. Wpadłam jak burza do PW i poleciałam jak strzała do dorma. Mam nadzieję, że nikt mnie nie widział. W pokoju siedziały już Lilly i Cassidy. Odrabiały lekcje, a ja nic nie mówiąc dołączyłam do nich. O 20 poszłyśmy na szlaban. Unikałam wzroku Remusa, który już wyszedł z SS, jak tylko mogłam, choć czułam go na sobie. Dzisiaj szlaban skończył się jakoś wcześniej. Chłopcy wyszli przed nami, bo my musiałyśmy poustawiać jeszcze jakieś słoiczki. Gdy we trzy szłyśmy korytarzem do naszej wieży, usłyszałyśmy jakieś głosy. Huncwoci i Severus. Skąd wiedziałam? Po prostu. Ma się ten dar.
-No co Smarkerusie?- oho, czyżby Black? Twarze dziewcząt stężały. Tam działo się coś niedobrego. Na wszelki wypadek wyjęłam różdżkę. Wyszłyśmy zza załamania korytarza. Chłopcy na razie nas nie dostrzegli. Stali we czterech (Remusik trochę z tyłu) , Black i Potter mieli wyciągnięte różdżki i celowali nimi w jakiegoś Ślizgona, który latał beztrosko pod sufitem. Poznałam go. To ten który siedział przede mną i spoglądał na mój eliksir z zainteresowaniem. Zrobiło mi się go żal.- Chcesz pokazać znowu gacie?
-CO WY MU ROBICIE?!- trzeba przyznać, że Lillunia ma głosik całkiem niezły.- POTTER, TAK JESTEŚ POWAŻNY?! NO TO GRATULUJĘ POMYSŁU!
Evans obróciła się na pięcie i pobiegła w drugą stronę i (mogę przysiąc że usłyszałam jej płacz) pobiegła w drugą stronę. Cassie poleciała za nią. James opuścił różdżkę.
-Black zostaw go w tej chwili.-zaczęłam cicho i spokojnie.-W tej chwili.
-A co mi zrobisz jak tego nie zrobię?- zapytał, a w jego głosie usłyszałam wyzwanie. Machnęłam moim magicznym drewienkiem i szepnęłam Expeliarmus. Syriusz i Ślizgon znaleźli się na podłodze, a patyk Blacka trafił do mojej dłoni. Jak uroczo. Teraz kolej na Remusa i Petera, bo Potter jest w szoku.
-PETER I REMUS.CZEMU ICH NIE POWSTRZYMALIŚCIE?- James, Syriusz i Smarkerus już zwiali, Peter podążał za nimi. Na placu boju pozostał jedynie Lupin. – CZEMU ICH NIE POWSTRZYMAŁEŚ? TO TWOI KUMPLE. MOGLI MU ZROBIC COŚ POWAŻNEGO! CZY TY W OGÓLE NIE MYŚLISZ O INNYCH?!
-WŁAŚNIE, ŻE MYŚLĘ!- oho, on też krzyczał, a to mi się już mało podobało. Tylko patrzeć jak zlecą się tu Filch i McGonnagal.- DO CHOLERY! ONI NIC MU NIE ZROBILI, A TY ROBISZ Z TEGO AFERĘ NA SKALĘ ŚWIATOWĄ!
-NO I BARDZO DOBRZE!- wkurzył mnie tym, że też krzyczał. Może i mi się podobał, ale następnym razem mogą się pozabijać. Podczas gdy Remus, znając życie, będzie na to lał sikiem prostym.
-NAWET NIE PYTASZ DLACZEGO! JESTEŚ TAKA SAMA JAK ON! MOŻE DOŁĄCZYSZ JESZCZE DO ICH STOWARZYSZENIA „JESTEM PRZYSZŁYM ŚMIERCIOŻERCĄ!?”- przeholował. Jeszcze nikt nie zarzucił mi parania się czarną magią i popierania tego Voldecóśka. Nawet on nie będzie sobie na to pozwalał. W tej chwili znienawidziłam go tak bardzo, jak jeszcze nigdy nikogo. Nawet Malfoya. Czułam jak moje serce pęka na tysiące kawałeczków, a twarz blednie.
-JAK, JAK ŚMIAŁEŚ?!- wydusiłam, po czym podeszłam i walnęłam chłopaka w twarz tak mocno, że aż dźwięk potoczył się po korytarzu. Odwróciłam się na pięcie i odeszłam w stronę wieży. Najpierw powoli. Dwa piętra wyżej już biegłam, łykając łzy i nic nie widząc przez wodę gromadzącą się pod przymkniętymi powiekami. Wparowałam do PW, przeleciałam przez niego jak burza i trafiłam do dormitorium. Walnęłam Siudo łóżka i zakryłam kotarami. Do snu ukołysał mnie płacz.
komentarze [2]